Miłada Jędrysik: Czy w Ameryce trwa nagonka na liberalne media? Oskarżane o brak obiektywizmu i patriotyzmu stały się ulubionym celem ataków konserwatywnych internetowych blogów i radiowych talk-show. The New York Times albo The Washington Post naprawdę są aż tak stronniicze? I dominują w publicznej debacie, jak chcą konserwatyści?
Eric Alterman: Ann Coulter, popularna prawicowa publicystka, stwierdziła kiedyś nawet, że byłoby wspaniale, gdyby Timothy McVeigh zamiast budynku federalnego w Oklahoma City wysadził w powietrze redakcję New York Timesa i zabił wszystkich jej pracowników. A prezydent Bush podczas jednej z podróży po USA demonstracyjnie obnosił się z oskarżycielskim wobec tzw. liberalnych mediów bestsellerem byłego wydawcy telewizji CBS Bernarda Goldberga, zatytułowanym „Stronniczość”.
W swojej książce, która jest odpowiedzią na te ataki, piszę, że dla konserwatystów liberalne media są użytecznym mitem. Oni wiedzą, że wygwizdywanie drugiej strony jest dobrym sposobem na to, żeby przebić się z własnymi ideami, a jej nie pozwolić zaprezentować swoich. Przecież nawet William Kristol, najbardziej dziś wpływowy neokonserwatywny publicysta w Stanach, przyznał, że liberalne media nie są aż tak potężne, a ten zarzut bywa często używany przez konserwatystów dla usprawiedliwienia swoich przewin.
Chyba najlepiej ujął to zjawisko Matt Labash z konserwatywnego The Weekly Standard, tłumacząc, że dzisiaj prawicowym środkom masowego przekazu „opłaca się być tak subiektywnym, jak tylko możliwe. Krytykuj innych za brak obiektywizmu. A sam bądź tak subiektywny, jak tylko chcesz. Taki wspaniały mały szwindel”.
Ale popularny publicysta i współautor konserwatywnego blogu, sędzia Richard A. Posner, pisał niedawno w New York Timesie, że z 23 głównych amerykańskich gazet te liberalne mają dwa razy większy nakład od konserwatywnych. I że 56 proc. dziennikarzy definiuje się jako liberałowie, podczas gdy tylko 14 proc. Amerykanów chce tak o sobie myśleć.
– Dane Posnera są wzięte z sufitu. Według poważnych badań z maja 2005 r. tylko 31 proc. dziennikarzy określa się jako liberałowie. Tak naprawdę amerykańska prasa jest bardziej konserwatywna, niż wszyscy sądzą. To prawda, że jeśli chodzi o takie kwestie społeczne jak aborcja czy prawa homoseksualistów, większość dziennikarzy ma liberalne poglądy. Ale wiedząc o tym, starają się być jak najbardziej w porządku w stosunku do konserwatywnej części opinii publicznej, bo tego wymaga obiektywizm. Naciskają też na to ich przełożeni, którzy nie chcą zniechęcić bardziej prawicowych czytelników.
W kwestiach ekonomicznych dziennikarze mają nawet bardziej konserwatywne poglądy niż większość Amerykanów. Zarabiają więcej pieniędzy niż średnia krajowa, nie utrzymują się z ubezpieczenia społecznego, nie muszą się martwić o pracę, często wyjeżdżają za granicę. A poza tym pracują dla potężnych korporacji, piszą głównie o biznesie, a nie o problemach pracowników. Nic ich nie ciągnie w tamtą stronę.
Trzeba też pamiętać, że polityczną presję na media wywierają głównie konserwatyści, a nie liberałowie, bo to oni są o wiele bardziej potężni i lepiej zorganizowani. Dlatego sama informacja jest bardziej konserwatywna niż liberalna.
Redaktorzy „NYT”, szukając sposobów, by się zrehabilitować po serii skandali podważających profesjonalizm redakcji, zaproponowali nawet, by w gazecie wprowadzić coś w rodzaju „akcji afirmatywnej dla konserwatystów”, a redaktor naczelny Bill Keller rozesłał list, w którym wzywał dziennikarzy i redaktorów do „wyjścia poza naszą głównie wielkomiejską, liberalną kulturę”.
Poza tym od zamachu na WTC z 11 września dziennikarze bardzo chcą udowodnić, że są patriotami. Bo ich patriotyzm stoi zawsze pod znakiem zapytania, tak jakby byli świeżymi imigrantami. Oskarża się ich o przegranie wojny w Wietnamie, wojskowi ich nie lubią. Dlatego np. w sprawie wojny w Iraku obchodzili się z administracją Busha jak w rękawiczkach.
To znaczy?
– Nie byli wystarczająco krytyczni. Sprawa broni masowego rażenia w Iraku pokazała przecież, że nie wszystko, co mówią ludzie Busha, okazuje się prawdą. Tymczasem administracja była ich głównym źródłem. Pisanie o wojnie jest w ogóle bardzo trudne, niełatwo jest zdobyć wiarygodną, potwierdzoną w kilku źródłach informację. Nie krytykuję dziennikarzy, którzy byli w Iraku, ale tych w Waszyngtonie i Białym Domu.
Dziennikarze w Iraku też poruszają się z jednostkami wojskowymi, polegają na informacjach przekazywanych przez armię.
– Tak było na początku wojny.
Teraz też tak jest, bo mało kto odważy się poruszać samodzielnie ze strachu przed porwaniem.
– A jaka jest alternatywa? Ale jest prawdą, że przez to Amerykanie nie wiedzą, co się tam naprawdę dzieje.
To wszystko, o czym mówiłem, powoduje, że konserwatyści mają w gazetach lepszą sytuację niż liberałowie. A we wszystkich pozostałych środkach przekazu dominują.
A czy tzw. poważne gazety nie są po części same sobie winne? Tygodnik Time dokonał ostatnio rzeczy, która zdaniem wielu była gwoździem do trumny krytycznego dziennikarstwa – ujawnił sądowi notatki swego dziennikarza, któremu anonimowe źródło z Białego Domu ujawniło tożsamość agentki CIA Valerie Plame. Czy po tym ktoś będzie jeszcze chciał się narażać i przekazywać dziennikarzom informacje? Potem okazało się także, że ujawnienie tożsamości Plame było zemstą Białego Domu na jej atakującym Busha mężu. New York Times w tej samej aferze co prawda tożsamości źródła nie ujawnił, a jego reporterka Judith Miller poszła za to do więzienia, ale musiała odejść z redakcji, gdy wyszło na jaw, że jej rewelacje na temat rzekomej broni masowego rażenia w Iraku pochodziły od kontrowersyjnego irackiego polityka Ahmada Szalabiego. Nie mówiąc już o skandalu sprzed paru lat z Jasonem Blairem, który swoje teksty w „NYT” zmyślał albo plagiatował kolegów.
– Zgoda, wiele z tych ran to skutek samookaleczenia: poleganie na informacjach kłamców z administracji Busha, korzystanie wyłącznie z anonimowych źródeł, niechęć do wytłumaczenia się z błędów, brak przejrzystości w polityce redakcyjnej, arogancja wobec czytelników. Kiedy ludzie mówią źle o liberalnych mediach, mają na myśli przede wszystkim ich arogancję. I prawica była w stanie te nastroje wykorzystać, stawiając znak równości między arogancją i liberalizmem. Za każdym razem, gdy prasa prowadzi poważne śledztwo, które nie podoba się administracji Busha, jest oskarżana właśnie o liberalizm. I nie potrafi się przed tym skutecznie bronić.
Nakłady najpoważniejszych gazet spadają. Jednocześnie rośnie popularność dość agresywnych prawicowych talk-show, których prowadzący mieszają z błotem politycznych przeciwników.
– Nie wiem, czy siła oddziaływania talk-show wzrasta. Ale rzeczywiście do pewnego stopnia ten trend zdominował media. W 1994 r., kiedy w wyborach do Kongresu zwyciężyli republikanie pod wodzą Newta Gingricha, zapewniając sobie tam przewagę po raz pierwszy od 40 lat, pojawiły się głosy, że to zasługa prawicowych radiowych talk-show, przede wszystkim Rusha Limbaugh. Limbaugh twierdzi, że ma od 15 do 20 mln słuchaczy, więcej niż wszystkie wieczorne wiadomości telewizyjne razem wzięte. Do tego jest jeszcze Bill O’Reilly i jego program w telewizji Fox News. Nawiasem mówiąc, kablówki nie ogląda aż tak dużo ludzi, Fox ma może ze 2 mln widzów. Ale słuchacze i widzowie prawicowych talk-show to razem miliony aktywnych obywateli, których głos jest słyszany. Zdominowali dyskurs informacyjny. Mają o wiele więcej wpływów niż pozostałe 200 mln ludzi, którzy nie oglądają Rusha Limbaugh.
A blogi, które z roku na rok zajmują coraz ważniejsze miejsce na mapie mediów? Tu chyba nie ma aż takiej dominacji prawicy?
– Jest wiele blogów konserwatywnych i wiele liberalnych. Ja sam prowadzę liberalny blog Altercation w portalu MSNBC. Różnica między nimi jest taka, że blogi konserwatywne są częścią ruchu konserwatywnego i zwykle piszą to, co im się podsuwa. Rano dostają listę tematów od Partii Republikańskiej i z innych zbliżonych źródeł, i stosują się do ich zaleceń. Ci ludzie są naprawdę dobrze zorganizowani. Dobrym przykładem była sprawa Dana Rathera, czołowego prezentera stacji CBS, który musiał odejść po ujawnieniu, że wykorzystał sfałszowane dokumenty oskarżające prezydenta Busha o unikanie służby wojskowej. Wszystkie konserwatywne blogi mówiły o tym jednym głosem.
Liberalne blogi działają mniej sprawnie. Ale w wielu sprawach robią dobrą robotę, bo pilnują, żeby media były uczciwsze, niż są, zmuszając je, by zajęły się sprawami, które wolałyby zignorować, informacjami, których by inaczej nie zauważyły.
Czyli Pana zdaniem nie jest tak, że media są zdominowane przez konserwatystów, bo większość Amerykanów ma konserwatywne poglądy? To kwestia dobrej organizacji?
– Większość Amerykanów ma poglądy całkiem liberalne, często na lewo od Partii Demokratycznej. Według badania z maja 2005 r. (przeprowadzonego przez Pew Research Center for People and the Press) 65 proc. respondentów było za tym, żeby ubezpieczenia zdrowotne objęły wszystkich obywateli USA, nawet jeśli oznaczałoby to konieczność podniesienia podatków, a 86 proc. opowiedziało się za podniesieniem minimalnej płacy. Amerykanie nie lubią tylko, żeby ich nazywać liberałami, i nie lubią polityków, którzy tak się określają. I właściwie już żaden polityk tego dzisiaj nie robi.
Poza tym zwolennicy lewicy nie są aktywni, nie chodzą na wybory, w odróżnieniu od zwolenników prawicy, którzy są o wiele bardziej zdyscyplinowani, a poza tym bogatsi. Lewica zaczęła się poważnie organizować dopiero od ostatnich wyborów prezydenckich. Pod tym względem jednak zwolennicy demokratów zawsze będą przegrywać z republikanami.
Blogi to informacja subiektywna z definicji. Blogerzy nie mają obowiązku weryfikowania i potwierdzania informacji jak dziennikarze i redaktorzy. Prowadzący talk-show także nie przejmują się obiektywizmem. A poważna prasa, nie tylko ta liberalna, z roku na rok traci czytelników i zyski z reklam. Czy można mówić o kryzysie prasy, a nawet o kryzysie informacji?
– Wiele wskazuje na kryzys. Po pierwsze, młodzi ludzie w ogóle dzisiaj nie czytają gazet. Po drugie, tracą one reklamy na rzecz internetu. Poza tym już niewiele wydawnictw jest wciąż zarządzanych przez rodzinne firmy, które te gazety zakładały w XIX w. Przejęły je wielkie korporacje, które zarabiają ogromne pieniądze. Również informację traktują jako towar, który musi przynosić zyski. Ich menedżerom obca jest myśl, że uczciwe informowanie społeczeństwa to część ich patriotycznego obowiązku.
Z kolei politycy nie przejmują się zbytnio swoim wizerunkiem w gazetach – interesuje ich tylko telewizja. Przez to w prasie jest coraz trudniej o dobre dziennikarstwo. A to wszystko sprawia, że staje się ona coraz mniej atrakcyjna. Myślę, że gazety powinny przyjąć bardziej elitarny model biznesowy, powiedzieć sobie wreszcie: nie jesteśmy dla wszystkich. Ale większość wydawców prasy tak nie uważa. Sądzą, że muszą współzawodniczyć na coraz bardziej skomercjalizowanym rynku, przez co obniżają swoje standardy.
Dlaczego młodzi Amerykanie nie chcą czytać gazet? Statystyki są przerażające: czyta je 70 proc. starszych Amerykanów, a tylko 20 proc. młodych.
– Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Uczę dziennikarstwa na uniwersytecie i większość moich studentów nie zagląda do New York Timesa, co dla mnie jest zdumiewające.
To skąd biorą informacje o tym, co się dzieje dookoła?
– Wielu po prostu od przyjaciół albo z komediowych show w telewizji. Jesteśmy w liberalnym Nowym Jorku, więc wszyscy oglądają Jona Stewarta, który – choć to komik, a nie dziennikarz – jest w tej chwili zapewne najbardziej wpływowym liberałem w USA. I najbardziej skutecznym, jeśli chodzi o przekazywanie swoich poglądów.
Wielu młodych Amerykanów po prostu doszło do wniosku, że sprawy publiczne nie mają w ich życiu żadnego znaczenia. Wydawcy gazet mają nadzieję, że ci młodzi ludzie nabiorą zwyczaju czytania, kiedy będą starsi. Ale nie wydaje się, by ten trend można było odwrócić. Amerykanie będą nadal potrzebować informacji, ale trudno sobie wyobrazić, że będzie można na wydawaniu gazet zarobić tak dużo jak kiedyś.
Co powinny robić media, żeby zahamować spadek wiarygodności?
– Na pewno dobrze by było, gdyby stały się bardziej transparentne, mniej aroganckie, i szybciej reagowały na to, co się dzieje. Ale jeśli nadal w ramach redukcji kosztów i maksymalizacji zysków będzie się zwalniać wykwalifikowanych dziennikarzy czy likwidować placówki zagraniczne, media będą się upodabniały do show-biznesu. Branża próbuje teraz desperacko znaleźć nowy model, spowodować, żeby gazety znowu przynosiły zyski. Takiego modelu, niestety, nie ma. Ale dopóki wszyscy go szukają, dopóty kryzys będzie trwał.
Ale to oznacza, że większość społeczeństwa pozostanie niedoinformowana. Czy nie mówiliśmy zawsze, że to jedna z misji mediów – dostarczać ludziom niezależną, obiektywną informację?
– Tak, ale w praktyce to już przeszłość. Ponad 50 proc. Amerykanów nie posiada wystarczającej wiedzy o tym, co się dzieje w Stanach i na świecie. Misja informacyjna i edukacyjna mediów to dziś utopia.
Ta sytuacja jest na rękę politykom. Będzie łatwiej manipulować opinią publiczną.
– To bardzo źle, ale co możemy na to poradzić?
Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami!
Add a comment
Add a comment