Czy Michał Wiśniewski jest fotogeniczny?
Nie jestem wprawdzie ekspertem, ale myślę, że tak.
Niewątpliwe ma nieodparty urok, ale ja np. nie widzę w nim podobieństwa do Marii Antoniny, a w takiej właśnie roli zaistniał na ostatniej okładce.
Kiedy przygotowywaliśmy materiał o filmie „Maria Antonina” interesowało nas pewne zjawisko, które na skutek filmu zaistniało w modzie i designie. Zawsze szukamy pewnego haczyka, żeby tematy gryźć po naszemu, więc doszliśmy do wniosku, że pokazanie Kirsten Dunst na okładce to zbyt prosty pomysł. Szukaliśmy innego rozwiązania i je znaleźliśmy. Michał Wiśniewski w roli Marii Antoniny jest ciekawszy na okładce, niż Michał, który właśnie wydał płytę. Mam dla niego duże uznanie za profesjonalizm przy tej sesji.
Gdy magazyn wchodził na rynek towarzyszyło mu hasło „po okładkach nas poznacie”…
Tak, staramy się być temu wierni do tej pory.
Czy jest jakaś okładka, którą uważa Pan za szczególnie udaną?
Odetnijmy się od naszej zerówki, bo ona jest obłożona zbyt dużym podtekstem. Jeśli miałbym wybrać swoich faworytów to myślę, że najbardziej wyróżniają się okładki z Paris Hilton i właśnie z Michałem Wiśniewskim.
Po okładkach was poznamy, ale po czym jeszcze? Co wyróżnia Machinę najbardziej obok okładek?
Wbrew temu co sugerują okładki dla tych, którzy nie odważą się zajrzeć do środka staramy się być mądrzy, a nie głupawi. To stwierdzenie trzeba raczej brać w cudzysłów, bo nie chcemy mędrkować, ale patrzeć na pewne zjawiska inaczej i nie bać się przypominać o rzeczach, które już umknęły. Mówię o tym do czego zmierzamy. Jeśli dotykamy jakiegoś zjawiska to staramy się zobaczyć również to, co jest wokół, a nie tylko opisać je powierzchownie, bo to można znaleźć w internecie za darmo.
Stawiamy na jak najładniejszy layout i formę i to coś, czego nie można znaleźć wpisując w wyszukiwarkę. Staramy się współpracować z autorami, którzy nie tylko opisują zjawisko, ale pomagają je zrozumieć, nawet jeśli jest to kontrowersyjne.
Jak Pan rozumie termin „pismo kultowe”?
Nie lubię tego słowa. Nie jestem pewien czy to rozumiem, bo mnie słowo „kultowe” kojarzy się z pewnym problem, z uważaniem, żeby nie przestać być kultowym i ja to postrzegam jako ograniczenie. Moim zdaniem każdy kult ma dość krótki okres istnienia i próby utrzymywania go dłużej powodują stres i problemy. To, co jest kultowe po latach należy mocno odróżnić od tego, co jest kultowe wtedy, gdy się dzieje.
Machina nie będzie pismem kultowym?
Nie, bo to by oznaczało na skazanie się na zbyt mały obszar dotarcia i w rezultacie szybkie zniknięcie z rynku. Stara Machina był kultowa, ale dlatego, że wtedy była jedynym pismem zachodnim na rynku, a teraz wszystkie są takimi. Zyskała miano kultowej ze względu na płyty dodawane do magazynu, a teraz nie jest to żaden wyróżnik.
Nie chcę wydawać gazety, która z honorem padnie po 4 numerach i wszyscy będą mnie klepać po ramieniu, mówiąc jaka dobra to była gazeta. Rynek jest trudny, więc mam świadomość, że wykonuje pewien taniec na linie, robiąc magazyn który, proszę mnie dobrze zrozumieć, jest mądry, ale w przewrotnym opakowaniu.
Skoro o rynku mowa: czy widzi Pan dla Machiny jakąś konkurencję? Niedawno ukazał się pierwszy numer Lansu, za którym stoi Paweł Sito. Robert Leszczyński angażuje się w działalność magazynu Laif. Za tymi tytułami stoją mocna nazwiska.
Akurat te dwa wymienione tytuły skierowane są w dość wąskim kierunku, a my uderzamy szerzej. Laif jest dostosowany do kultury klubowej i takiego odbiorcy. Z kolei Lans jest w pewnym sensie gazetą firmy House. Oczywiście trzymam za nich kciuki i chciałbym powiedzieć, ze House jest mecenasem, a nie sponsorem. Ja natomiast nie chciałbym mieć takiego ograniczenia, że finansuje mnie tylko jedna firma. Poza tym wychodzę z założenia, że konkurencja rozwija rynek, a jej brak rynek zabija.
Czy są jakieś tematy tabu, których nigdy, jako naczelny, nie poruszyłby Pan na łamach pisma? Matka Boska na okładce już była, artykuł o historii lewatywy też. Chylińska pisała w kontrowersyjny sposób o uciążliwościach ciąży. Jest w takim razie jakaś sfera sacrum nie do poruszenia?
Nie mam żadnej czarnej listy, ale nie przeczę, że w moje ręce może trafić temat, na którego publikację byśmy się nie zdecydowali. Nie twierdzę, że wszystko byśmy puścili. Moim zdaniem jednak rzecz tkwi zawsze w ujęciu tematu, a nie w nim samym.
Nigdy nie wytłumaczę się, że wizerunek Matki Boskiej miał być tylko mocną okładką, a nie cynicznie zaplanowaną akcją PR-ową. Możliwe, że gdybyśmy wiedzieli, że tak to zostanie odebrane, razem z wydawcą nie zdecydowalibyśmy się na taką okładkę.
Przykład tekstu o lewatywie rzeczywiście wzbudził kontrowersje, co bardzo mnie dziwi. Udało nam się przewrotnie skontrować zalety powszechnego działania z opinią lekarza i to wszystko. Jeżeli chodzi o materiał Agnieszki to przyznaję, byłem pytany wcześniej o zgodę na publikację, ale sygnały, które dotarły do mnie później okazały się słuszną decyzją. Zdecydowałem się na publikację, bo tekst jest prawdziwy, szczery, dotyczy intymnych, kobiecych przeżyć i jest w dalszym ciągu tematem tabu.
Czy doświadczenie w robieniu radia można w jakiś sposób przekuć na robienie magazynu?
Zdecydowanie nie. Radio jest medium natychmiastowym, kompletnie różnym od miesięcznika. Często łapię się na tym, że źle mi z miesięcznym cyklem, bo z pewnych rzeczy musimy zrezygnować, ponieważ w ujęciu miesięcznym dezaktualizują się.
Czy audycja Machiny w Radiu Bis i w Antyradiu to droga do własnej stacji?
Na pewno ideałem by było mieć własne radio, ale jest to trudna rzecz i nie jesteśmy do tego logistycznie przygotowani.
Widzi Pan na polskim rynku miejsce na radio autorskie?
Myślę, że dobrym przykładem jest Trójka po zmianach. W tej chwili, po wielu latach, wytworzyła się potrzeba na radio inne, autorskie. Rodzi się zapotrzebowanie na słowo, bo ono jest bardziej autorskie niż dobór muzyki.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan kształt muzyczny stacji z którymi był Pan związany: Radiostacji, Eski i RMF FM. Słucha ich Pan?
Nie, nie słucham, bo nie mam czasu i gdzieś podskórnie wiem, że się niczego nie dowiem.
Uchodzi Pan za pierwszego, który w Polsce wprowadził profesjonalne playlisty. Jak się Pan odnosi do zarzutów odnośnie ich bezosobowego charakteru?
Tak się złożyło. Gdyby nie ja to zrobiłby to ktoś inny. To była bardziej konieczność zmierzenia się z rzeczywistością niż kwestia wynalezienia playlisty. Z reguły słyszę tę łatkę jako coś negatywnego, że wprowadziłem do radia komputer i jej zabiłem, a warto dodać, że komputer obsługuje człowiek.
Jak Pan ocenia kupno przez Bauera radia RMF FM?
Jest mi najbardziej żal, że medium do tej pory niezależne, teraz tę niezależność może stracić przez to, że wchodzi duży inwestor. Trochę szkoda, ale prawdopodobnie to było nieuniknione.
Co z projektem Machina TV? Ruszy na wiosnę? Czy zaangażuje się Pan w ten projekt i jaki będzie w nim udział redakcji Machiny?
Udział redakcji pewnie będzie nieduży, a mój personalny taki jak przy radiu, tzn. zapewnienie spójności przekazu z magazynem, który jest podstawowym medium brandu. Mam świadomość ograniczeń logistycznych, więc ciężko mi powiedzieć kiedy dokładnie ruszy, ale ruszy na pewno. Z audycją w radiu było łatwiej, bo to jest już działające medium. Celem projektu jest przekazanie tego samego modelu popkultury, który przekazuje magazyn, ale w formie audio-wizualnej. To się naukowo nazywa „rozwijaniem brandu”, a powiem bezczelnie, że moim zdaniem Machina ma taki brand.
Czy Piotr Rubik ma szansę na okładkę w Machinie? Określany jest w końcu „Michałem Wiśniewskim muzyki klasycznej”…
Musielibyśmy znaleźć do niego kontekst, a na razie takiego kontekstu nie ma.
Rozmawiała Małgorzata Roman