Dark Mode Light Mode

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami!

Naciskając przycisk Subskrybuj, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszymi zasadami Prywatność Prywatności oraz. Regulamin. Możesz się też z kontaktować z nami.
Obserwuj nas
Obserwuj nas
Jestem osobą rozchełstaną i 13107 big Jestem osobą rozchełstaną i 13107 big

Jestem osobą rozchełstaną

Z Moniką Richardson rozmawiamy o cenie pietruszki, o tym, czemu jej pismo jest niezależną planetą, o samoadoracji i naoliwieniu umysłu.

Zwierciadło to niezwykle zobowiązujący tytuł. Co ma on odzwierciedlać według redaktor naczelnej pisma?
Chciałabym, żeby było lustrzanym odbiciem stanu świadomości kobiet, którym zależy na sobie, które sięgają dalej niż aktualna cena pampersów, czy pietruszki. Nie oznacza to wcale, że chodzi o kobiety, które mają wyższy status majątkowy. Nawet najskromniej żyjące rodziny rozmawiają o rzeczach zasadniczych. I właściwie na tym Zwierciadło się skupia.


Co Pani rozumie przez rzeczy zasadnicze?
Ładnie to zilustruje przykład. Od kilku lat we Wrocławiu spotyka się grupa kobiet niezwiązana w żaden sposób zawodowo. Zwą się „Twórczym Babińcem”. Jego „spiritus movens“ jest Barbara Karpińska. Takich grup rozwojowych jest w Polsce bardzo wiele. Spotykają się po to, żeby porozmawiać o tym gdzie są w życiu, zastanowić się, czy jest im dobrze z tym, kim są. Czy dobrze się czują w relacji, w której się znajdują. Czy mają może marzenia, których nigdy nie udało im się zrealizować. Myślą tam o sobie, ale nie w egoistycznym tego słowa znaczeniu, a raczej w sensie podążania wgłąb siebie.

Każda z nas powinna mieć taką przestrzeń i Zwierciadło ją kobietom daje. Zwierciadło skłania do zastanowienia się, do głębszego oddechu, przypomina, że na świecie są sprawy ważniejsze i ciekawsze niż to, czy naładowałam komórkę, wyjęłam pieniądze z banku, zapłaciłam za czynsz. Chcemy, żeby kobiety pomyślały trochę o sobie, żeby cały czas trzymały rękę na pulsie, ale na swoim pulsie. I Zwierciadło ma w tym pomagać. Ale jest też pismem kobiety nowoczesnej i dlatego pomaga pielęgnować nie tylko duszę, ale też ciało. Nie chcemy być pismem na poziomie duchowości dostępnej jedynie klasztorom medytacyjnym.


W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że Zwierciadło jest najlepszym pismem kobiecym na rynku. To dosyć odważna teza.
Tak naprawdę przyznają to wszyscy, nawet ci, którzy z nami na co dzień konkurują. Zwierciadło po prostu ma komfort bycia najlepszym pismem, a wynika to z tego, że jest wydawnictwem jednotytułowym i wydawca na taki luksus pozwala. To jest sytuacja absolutnie unikalna na rynku. Możemy być ambitni, pisać dłuższe, pogłębione teksty, stosować ambitną grafikę. Zwierciadło jest niezależną planetą i nie musi wypełniać żadnej „luki w segmencie“, jak te pisma, które należą do dużych koncernów.


W takim razie żadnego miesięcznika nie postrzega Pani jako konkurencji dla Zwierciadła?
Wszystkie tak postrzegam. I całe szczęście, że one są. Cieszymy się widząc,  że ktoś coś nam „gwizdnął” – jakiś pomysł na graficzny, tekst, bo to znaczy, że idziemy w dobrym kierunku. Gdyby na rynku luksusowych pism kobiecych nie było konkurencji, to myślę, że Zwierciadło byłoby w niebezpieczeństwie popadnięcia w taką samoadorację. Dzięki konkurencji mamy możliwość sprawdzenia, czy to, co piszemy jest bliskie życiu.


Krzysztof Gorzkowski, prezes zarządu wydawnictwa Zwierciadło, gdy obejmowała Pani stanowisko redaktor naczelnej, powiedział że „chce, aby to było ulubione pismo mądrych, inteligentnych kobiet, które chcą czytać, a nie tylko przeglądać.” Czy uważa się Pani za przedstawicielkę takich kobiet?
U mnie z tą mądrością  jest różnie. Jestem osobą rozchełstaną i przykładem kobiety, która w związku z tym, że chce mieć wszystko, miota się na co dzień między różnymi rolami. Trochę się uważam za matkę, a młode matki mają taki absolutnie konieczny okres zgłupienia, który ja nazywam pieluchowo-mleczkowym. Ja jeszcze jestem na tym etapie. Z drugiej strony jestem osobą bardzo mocno związaną z telewizją i z ludźmi, którzy tam pracują. A z trzeciej jestem też osobą, która nieustannie potrzebuje naoliwienia umysłu. Zarówno Zwierciadło, jak telewizja i życie rodzinne dają mi bardzo dużo, ale skoro je łączę to znaczy, że nigdy żadnej z tych sfer nie posiądę w stopniu doskonałym. Trudno byłoby mnie nazwać osobą mądrą. Ja jestem osobą poszukującą.


Czy czytała Pani Zwierciadło, kiedy było kierowane przez poprzednią naczelną – Lucynę Olszewską?
Oczywiście.


I jak je Pani ocenia z perspektywy czasu?
Bardzo dobrze. Niestety, nigdy nie miałam okazji poznać pani Olszewskiej, ale z opowieści wiem, że starała się tworzyć pismo autorskie. Zwierciadło bardzo dużo jej zawdzięcza. Przede wszystkim stworzenie takiego zespołu ludzi i linii programowej, która byłaby jasna, klarowna i tworzyłaby markę pisma. Marka kończy wprawdzie w tym roku 50 lat i nie tylko Lucyna Olszewska nad nią pracowała, ale to ona sprawiła, że pismo podążało w dobrym kierunku. Ja ten kierunek staram się kontynuować, a nie wprowadzać rewolucję. Jestem tutaj tylko na zasadzie takiej europejskiej patyny, która ma dodać odrobinę oddechu do stabilnej linii programowej.


Czy praca w telewizji przekłada się w jakiś sposób na robienie czasopisma? Czy są jakieś cechy wspólne, które łączą dziennikarstwo prasowe z telewizyjnym?
Owszem. Pewne tak, bo to jednak jest dziennikarstwo, ale niewielkie. Dziennikarstwo telewizyjne ma kilka takich cech, których nijak nie da się przenieść na rynek prasowy, np. absolutna konieczność błyskawicznego i samodzielnego podejmowania decyzji. W przypadku miesięcznika wszystkie decyzje muszą być konsultowane. Jest przecież tylko 12 numerów w roku i każda zmiana jest widoczna dopiero po dwóch, trzech miesiącach. Telewizja jest medium ulotnym, w związku z tym nie liczy się tak bardzo szczegół. Pismo zaś jest czymś do czego się wraca i każda, nawet minimalna zmiana odbija się ogromną czkawką. W telewizji nawet jeśli się gdzieś potkniemy, a energia programu jest mimo wszystko dobra, to zostanie nam to najprawdopodobniej wybaczone. W Zwierciadle nauczyłam się ostrożności, telewizja natomiast daje mi brawurę.

Moim wielkim dramatem jest to, że nie umiałabym zrezygnować z dziennikarstwa prasowego dla telewizyjnego, albo na odwrót. Na razie udaje mi się to jakoś pogodzić, ale w dziennikarstwie światowym jest jednak dążenie do wąskiej specjalizacji. O ile zaistnieć można i tu i tu, szczególnie jeśli ma się taką aktualną sławę, którą ja miałam powiedzmy w apogeum „Europa da się lubić”, to zostać w obu mediach i być w nich szanowaną za pracę jest bardzo trudno.


Skoro już nawiązała Pani do tej formuły telewizyjnej jaką jest „Europa da się lubić”, to proszę powiedzieć, co daje Pani prowadzenie takiego programu?
Prowadzenie go bardzo dużo mnie nauczyło, bo ja jestem jednak graczem indywidualnym, a „Europa da się lubić” jest programem przy którym pracuje 40 osób i każdy ma swoje zdanie. To była dla mnie ogromna lekcja pokory, która teraz przydaje mi się w Zwierciadle. Nauczyłam się, że program to też efekt kompromisu, a także tego, że produkt końcowy, który nie do końca mi odpowiada, może podobać się widzom. Nie mam monopolu ma znajomość gustów publiczności. I tę wiedzę staram się przekładać na robienie Zwierciadła. Stąd idea klubów, spotkań i forum Zwierciadła. Chodzi o to, żeby uwrażliwić się na to, co ludzie mówią. Czasami coś, co wydaje się bazarowe i nieoryginalne, jest tym, co ludzie kochają i czego sobie życzą.


Czy nie jest tak trochę z programem „Europa da się lubić”?
Trochę tak jest, bo to jest program ludyczny w bardzo długiej i mocnej tradycji Dwójki biesiadnej i nie ma co się na to obrażać. Dlatego właśnie prowadzenie go było to dla mnie szkołą, bo to nie jest po prostu mój gust. Ja lubię programy wysublimowane i przeintelektualizowane, a ludzie chcą się bawić i odpocząć. Trzeba się z tym pogodzić i  umiejętnie w lekkiej formie przemycić im wartościowego.


W Zwierciadle przeprowadza Pani comiesięczne wywiady. Czemu akurat w takiej formule dziennikarskiej zdecydowała się Pani zaistnieć na łamach pisma?
To było życzenie wydawcy. To nie był mój pomysł. Przyszło mi się po prostu odnaleźć w tej formule, która zresztą jest mi bardzo bliska, bo uwielbiam rozmawiać z ludźmi i lubię wywiady jako gatunek dziennikarski. Natomiast wywiad prasowy był formą, której musiałam się nauczyć od zera.


A który z nich uważa Pani za najbardziej udany?
Najbardziej udany jest wywiad z Agnieszką Holland. Nie dzięki mnie, ale dzięki precyzji myśli z jaką wypowiadała się ona. Nawet nie mogę powiedzieć, że jej tego zazdroszczę, bo ja ją za to podziwiam. A podziw graniczy tu z uwielbieniem. Mam dla niej ogromny szacunek za to, w jaki sposób mi ten wywiad „zrobiła” i jak pociągnęła moje nieporadne myśli w kierunku, w jakim chciałam, żeby podążyły, a nie potrafiłam tego zrobić. Było również kilka zaskoczeń, np. Nigel Kennedy. Bardzo łatwo się szufladkuje ludzi. Dla mnie do tej pory był to lekko zwariowany muzyk awangardowy. Okazał się nie tylko skrzypkiem, który ma od wielu lat romans z wizerunkiem artysty popkulturowego, ale też głęboko myślącym, niezwykle wrażliwym i bardzo skromnym człowiekiem. Człowiekiem wielkim.


Według jakiego klucza dopiera Pani rozmówców do cyklu „Lubię być Polakiem”?
Klucz jest taki, żeby to były postaci o których warto jest się jeszcze czegoś dowiedzieć, postaci, które intrygują. Jeśli ktoś jest 15 razy w ciągu roku na okładce to napisano już o nim naprawdę wiele. Dlatego z założenia nie są to osoby z pierwszych stron gazet. Z drugiej zaś strony to ludzie, które mogą mi coś powiedzieć o kondycji bycia Polakiem. Co to znaczy dzisiaj być Polakiem, czy warto nim bywać? Czy jest to prestiż, czy raczej wstyd. Czy to jest przywilej, czy może konieczność. Susana Mrożek podczas wywiadu zapytała: – Dlaczego Polacy zawsze muszą rozmawiać o tożsamości, od razu otwierać trzewia i dywagować o narodowych bolączkach? Natomiast Agnieszka Holland przekonała mnie, że właśnie dzisiaj trzeba o tym mówić, bo ludzie znikąd do niczego nie dojdą. Trzeba wiedzieć, skąd się jest, żeby w razie czego wiedzieć, co porzucić. Trzeba wiedzieć, kim się jest, nawet po to, by być kimś innym. Potrzebna jest nam ogromna świadomość korzeni i tożsamości. Chociażby po to, żeby móc z tego zrezygnować.


Czy zrobiłaby Pani wywiad z Małgorzatą Domagalik?
Pewnie, że tak. Musimy wprawdzie zachować twarde reguły gry, bo rywalizujemy ze sobą na rynku wydawniczym, ale prawda jest taka, że ja Małgosię bardzo podziwiam i uważam ją za taką jasną gwiazdę na polskim rynku wydawniczym. Jedną z niewielu osób, która ma swoje zdanie, broni go, a jednocześnie nie jest osobą w żaden sposób psychopatyczną, a i takie się zdarzają. To jest tak mały rynek, że chyba ludzi nie stać na konflikty. Zresztą to samo mogę powiedzieć o Joli Pieńkowskiej, z którą się znam i lubię. Uważam, że jest wybitną dziennikarką, głównie telewizyjną, bo z tego ją znałam. Nie zamierzam w żaden sposób pyskować na jej temat w mediach, tylko dlatego, że jest szefową konkurencyjnego pisma.


Jakiś czas temu na jednej z internetowych aukcji można było zlicytować Pani autograf. Jak sama by go Pani wyceniła?
Szczerze mówiąc nigdy w życiu bym się nie zainteresowała autografem. Ani swoim ani niczyim innym.


Rozmawiała Małgorzata Roman

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami!

Naciskając przycisk Subskrybuj, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszymi zasadami Prywatność Prywatności oraz. Regulamin. Możesz się też z kontaktować z nami.
Add a comment Add a comment

Dodaj komentarz

Previous Post

Reklama podprogowa jednak działa?

Next Post
Money.pl spamuje? m 24591

Money.pl spamuje?





Reklama