Dark Mode Light Mode

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami!

Naciskając przycisk Subskrybuj, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszymi zasadami Prywatność Prywatności oraz. Regulamin. Możesz się też z kontaktować z nami.
Obserwuj nas
Obserwuj nas
Współpraca EuroNews i RTP
Wszystko zależy od sosu w jakim się podaje…
Puls Biznesu już niebawem rentowny
Wszystko zależy od sosu w jakim się podaje... i 3198 big Wszystko zależy od sosu w jakim się podaje... i 3198 big

Wszystko zależy od sosu w jakim się podaje…

Wywiad z Barbarą Trzeciak – Pietkiewicz, od grudnia 2002 sprawującą funkcję Prezes TV4, która opowiada o tym jakie zamierza wprowadzić zmiany w stacji, jakie osobistości dziennikarskie zaprosi do nowego Dziennika, a także które z doświadczeń życiowych pozwoliły jej na osiągnięcie obecnej pozycji w świecie mediów…(Rozmawia Renata Sierocińska).

– Mówi się o tym, że Polsat zmienia profil. Niedawno zmieniono stronę wizualną prezentując nowe logo. Jakie miejsce w tych przemianach widzi pani dla siebie i TV4 ?


Na rynku telewizyjnym robi się coraz gęściej. Już nie można zgarniać wszystkich widzów, toteż każda telewizja szuka dla siebie jakieś niszy. Widzowie mają też swoje nawyki i na pewno niektóre rzeczy będą oglądać tylko w publicznej telewizji, bo taki jest zwyczaj, a zwyczaj, „zasiedzenie”, odgrywa bardzo ważną rolę, jeżeli chodzi o telewizję.

Polsat rzeczywiście chce sobie teraz znaleźć nowe miejsce. Czwórka jest w tej wygodnej sytuacji, że w zasadzie jeszcze nie ma swojego miejsca. Jest to mała stacja, która może nie ma jeszcze swojego oblicza, ale też nie ma jakiegoś skrzywionego obrazu, który musi poprawiać, korygować. Z tego, co się zorientowaliśmy ma dosyć sympatyczny odbiór, ponieważ dysponuje niezłym repertuarem filmowym, nie epatuje sensacjami, ani też nie budzi odruchu antypatii czy zdegustowania. To jest stacja, która była dotąd w bardzo trudnej sytuacji. Została przejęta przez nowych właścicieli z ogromnym obciążeniem, z długami. Miała trudności, żeby się w ogóle utrzymać na rynku. Jak Pani wie, telewizja na początku to są bardzo duże pieniądze, a potem są to pieniądze jeszcze większe. Zanim zacznie oddawać, trzeba najpierw bardzo dużo zainwestować.

Poprzedniemu zarządowi udało się wyprowadzić Czwórkę z tych meandrów finansowych. W tej chwili ma dość stabilną sytuację i trzeba po prostu zainwestować w program, coś zaoferować widzowi, czymś przyciągnąć. Stąd zadanie, które mi powierzono, ponieważ zajmuję się programem od lat.

Co wiem o tej stacji?

TV4 ma nadajniki głównie w miastach, co określa już w jakiś sposób widza. Z dotychczasowych eksperymentów wiemy, że nieźle się w tej stacji sprzedaje dobry sport, taki z pierwszej linii i to właśnie rozwijamy. Staramy się o kontrakty na kolejne dyscypliny sportowe, aby naszemu widzowi zapewnić dobry program sportowy. W tej chwili mamy piłkę nożną, siatkówkę, rajdy samochodowe, koszykówkę, będziemy mieli piłkę ręczną. Mamy spory wybór i myślę, że pewną grupę widzów jesteśmy stanie usatysfakcjonować. Nieźle sprzedają się też programy reportażowe, co zresztą jest renesansem na wszystkich ekranach. Troszkę już się ludziom ta urocza fikcja w zagranicznych serialach znudziła i chcą czegoś bliżej życia. To zresztą ma odzwierciedlenie także w repertuarze serialowym, bo proszę zobaczyć, co święci największe triumfy: polskie seriale i to takie z życia wzięte.


– Kiedyś sitkomy biły rekordy popularności…


Myślę, że to jest naturalne po otwarciu się naszego kraju i po tym, kiedy mieliśmy wybór pomiędzy dwoma kanałami Telewizji Polskiej, jak było do lat dziewięćdziesiątych. Ludzie zobaczyli trochę świata, poznali światowy repertuar i jak to zwykle bywa, chcą takiej telewizji, która kontaktuje z życiem, ale tym bliżej nas. W związku z tym zamierzam rozwinąć także programy reportażowe, rozbudować ten dział.

Każda telewizja potrzebuje dobrej rozrywki. Chciałabym, aby Czwórka oferowała widzowi rozrywkę na tzw. przyzwoitym poziomie. Żeby to była, owszem, rozrywka dla wszystkich ani zbytnio elitarna, ani też nie przekraczająca granicy dobrego smaku.


– W którymś z wywiadów powiedziała Pani, że TV4 ma być z jednej strony „stacją, która nie zawodzi widzów”, odznaczająca się „dobrym poziomem i kulturalną realizacją”, a z drugiej „stacją, którą się przyjemnie ogląda”, taką, która stawia na rozrywkę. Jaka ma być nowa TV4? Czy będzie to właśnie wypośrodkowanie pomiędzy tymi dwoma biegunami?


Wie Pani, jest taki rodzaj rozrywki, który bawi wszystkich, i jest taki rodzaj, który budzi gromki śmiech, ale nie każdemu to odpowiada. Jest również rodzaj rozrywki szalenie wysmakowany, ale, do którego, co tu dużo mówić, trzeba być troszkę przygotowanym. Ja myślę, że wybierając ten środek, czyli prezentując widzowi na dobrym poziomie kulturalną rozrywkę będziemy w stanie usatysfakcjonować wszystkich. To się sprzedaje – zawsze klasyka sprzedaje się najlepiej. Mody przychodzą i odchodzą, podobnie jest z subkulturami. Są one wycelowane w określoną grupę odbiorców – dobra rozrywka na przyzwoitym poziomie jest dla wszystkich. Mam już parę projektów i pomysłów, ale to wszystko jest w sferze planów i nie mogę na razie operować konkretami.


– Mówiła Pani, że na wiosnę będą widoczne pierwsze zmiany.


Tak. Chciałabym ruszyć od kwietnia, bo tak się składa, że 1 kwietnia TV4 będzie obchodziło swoją trzecią rocznicę i będzie to dobry moment, żeby wejść z „nową twarzą” stacji. Chcę także w sposób zdecydowany zreformować nasz program informacyjny, czyli nasz „Dziennik”. Tu także nie ma się, co zderzać z gigantami. Nie można oczekiwać, że widz, który ogląda dobrze zrobione, na dobrym poziomie, profesjonalne dzienniki, w jednej stacji, w drugiej, w trzeciej, będzie jeszcze koniecznie szukał pomiędzy tymi programami informacyjnymi skromnego „dzienniczka” na małej stacji.

W związku z tym, chcę go zreformować i po prostu odmienić. Podejść do tego troszkę inaczej. Być może zrezygnuję z dwóch dzienników na rzecz jednego. Będzie mniej dostojny, mniej ugarniturowany. Niekoniecznie będzie się zaczynał od tego, co się dzieje w gabinetach ministrów i kuluarach sejmu, choć oczywiście bardzo ważne i istotne wydarzenia będzie odnotowywał – ale będzie właśnie bliższy ludzi. Liczę również na korespondencyjny kontakt z widzami – chcemy się ich pytać: co się u was dzieje, co was boli, co was denerwuje, co was cieszy. Robić to bardziej reportersko, blisko życia, nie tak strasznie nadęcie, nie tak dostojnie. Nie straszyć widzów, bo dość mamy zmartwień wkoło, raczej im proponować spojrzenie z dystansu. Przekonywać, że nie jest tak źle jak nam się wydaje, a są także sygnały, że jest dobrze a może być jeszcze lepiej.


– A czy nie obawia się Pani, że taka formuła „Dziennika” może go przemienić w relacje sensacyjne, na których często bazują programy reporterskie?


Chcę robić program blisko ludzi, o tym, co się wokół nich dzieje, także programy reporterskie, ale niekoniecznie typu „zabili go i uciekł”, bo to naprawdę nie zawsze jest wiadomość do ogólnopolskiego dziennika … Chcemy po prostu relacjonować życie i te sprawy, które ludzi interesują, te decyzje, także państwowe, które ludzi dotyczą, ale niekoniecznie mają to być wieści z gabinetów ministrów, czy kuluary sejmu. Ludzie mają już dosyć polityki, tym bardziej, że ona teraz chodzi takimi meandrami, że tylko się denerwują, nie wiedzą, co ich czeka. Jednym słowem nie trzeba im jeszcze dokładać. Nie to jest najważniejsze w ich życiu. Jak ktoś mądrze kiedyś powiedział: „Od polityki jest rząd, a ja tutaj żyję i interesuje mnie to co dotyczy mojego życia”.


– Apropos „Dziennika” – zapowiadała Pani osobistości dziennikarskie, które miały swoim udziałem podkreślić nową formułę programu.


Tak. Przekonałam osobę bardzo interesującą i zawodowca, która przejdzie do naszego dziennika i to nada mu także pewien sznyt i pewien poziom. Jest to Hanna Smoktunowicz. Ponieważ nowy dziennik TV4 będzie miał charakter zbliżony do „Teleexpresu”, to akurat jej osoba szalenie mnie satysfakcjonuje. Ona przecież kojarzy się zdecydowanie z nową formą programu informacyjnego. Była jedną z pierwszych prezenterek „Teleexprsu” i świetnie sobie radziła. Miała dłuższą przerwę ze względu na rolę matki. W tej chwili myślę, że może spokojnie wrócić do pracy. Jesteśmy po bardzo sympatycznych i pozytywnych rozmowach.
Zmieniam również oprawę i scenografię „Dziennika” i myślę, że w całkiem nowej formule będę go mogła pokazać pierwszego kwietnia.


-Czyli nie chce Pani konkurować z „największymi”?


Nie. Naprawdę nie ma sensu, żebyśmy my się równali z „Wiadomościami” czy z „Faktami” czy z „Informacjami” Polsatu. Co więcej nie ma takiej potrzeby. Trzeba pokazać widzowi coś innego, obrać inny kierunek, pokazać swój własny charakter i dać ludziom jakąś alternatywę.


– Czy będziecie Państwo szli również w kierunku humorystycznego przekazu informacji tak jak to ma miejsce w „Teleexpresie”?


Powiedziałabym nie tyle humoru, ile dystansu. Żeby ludziom dać oddech i powiedzieć: „Słuchaj nie załamuj się, to nie jest aż taka tragedia, poradzimy sobie z tym, nie takie rzeczy przeżyliśmy”. Warto spojrzeć świat z przekonaniem, że nie wszystko jest tak tragicznie jak się wydaje. Chodzi o pewien dystans. Nie straszyć ludzi, dlatego, że wie Pani, fakty są, jakie są, nikt ich nie chce zmieniać, ale kwestia podania tych faktów, komentarza, sosu, w jakim to się podaje, może je całkowicie odmienić. My chcemy ludziom dawać pozytywne sygnały.


– Czy TV4 weźmie udział w walce o młodego widza z miasta, która ma miejsce miedzy TVN a Polsatem?


Tamte stacje są skazane na konkurowanie ze sobą. My chcemy wejść między nie i nie epatować gigantycznymi programami „z rozmachem”, ponieważ nas na to nie stać i jeszcze długo nie będzie stać. Nie chcemy jednak również schlebiać gustom całkiem populistycznym. Myślę, że znajdziemy na to widza. Poza tym proszę pamiętać o jednym – i TVN i Polsat i Publiczna Telewizja mają już swoje miejsce na tym rynku i tu bardzo wiele nie mogą zmienić. Nie mogą nagle podwoić swojej oglądalności, nie ma takich programów i takiej możliwości. Widz ma już o nich ustaloną opinię. O Czwórce jeszcze nie ma. Czwórka ma największy potencjał. Zajmuje swoje skromne miejsce wśród większych stacji i naprawdę może podwoić swoją oglądalność, albo jeszcze lepiej. Widać to po tym jak wdzięcznie reaguje, kiedy umieści się jakikolwiek lepszy, droższy, na wyższym poziomie program. Te programy, którymi dysponujemy teraz, są skromniutkie, bo taki był budżet. Nie przynoszą wstydu, ale też nie są nadzwyczajnie atrakcyjne. Jak Pani wie, mamy obowiązek produkowania określonego procentu programów polskich narzuconych w licencji i nie możemy tego ignorować. Nie możemy zamiast nich umieścić kolejnego filmu, który na pewno gwarantowałby większą oglądalność. Natomiast wystarczy, że pojawi się program, który jest na wyższym poziomie, jest atrakcyjniejszy – oglądalność wzrasta trzy, czterokrotnie. Nie, o jeden procent – podwaja, potraja przeciętną oglądalność programu. To daje mi pozytywny sygnał, jaki jest potencjał tej stacji. W tej chwili zajmuje ona mniej więcej 4 % rynku telewizyjnego. Myślę, że jeżeli właściciele będą łaskawi i spełnią swoje obietnice zainwestowania w program, to do końca roku możemy mieć 6 % udziału. 


– Czy nie obawia się Pani, że objęcie stanowiska naczelnej TV4 zepchnęło Panią na margines – w kontekście tego, że TV4 jest postrzegana jako uzupełnienie oferty Polsat, podobnie jak TVN Siedem dla TVN?


Ja mam za sobą 30 lat pracy w tym zawodzie. Piastowałam już wszystkie stanowiska, nawet te najwyższe (uśmiech) i nie to mnie ekscytuje. Po prostu lubię ten zawód, bo inaczej już dawno zmieniłabym go. W tej pracy jest tyle stresów i nerwów, że naprawdę – są łatwiejsze zadania.
Ja bym mogła oczywiście sobie spokojnie obcinać kupony, z moją pozycją w Polsacie, bo od samego początku tam byłam i mogę powiedzieć, że mam znaczący wkład w to, co Polsat osiągnął. Natomiast to jest po prostu nowe zadanie i nie traktuję tego w kategoriach jak to spełnia moje ambicje, tylko ile mi się uda zrobić z tą stacją. Ona dotąd nad programem nie pracowała, bo nie było takich możliwości. Najpierw musiała się utrzymać na rynku w ogóle, łapać powietrze nad powierzchnią, żeby nie utonąć. I to fantastycznie się udało poprzedniemu zarządowi. Ja bym sobie może z tym nie poradziła, bo zapewniam Panią były to sprawy bardzo skomplikowane – 60 procesów układowych z wierzycielami, którym spłacamy teraz bardzo rzetelnie w ratach, długi naszego poprzednika. Natomiast teraz trzeba się zabrać za program. Właściciele uznali, że jest taka Pani, która to potrafi, dlatego zaproponowali mi tę funkcję. Więc dla mnie jest to satysfakcja i nowe zadanie. Tu jestem całkowicie samodzielna i nie mam na kogo zrzucić winy za klęskę, a sukces też będę mogła zapisać sobie oraz zespołowi, z którym pracuję.

Jeśli chodzi o relację z Polsatem – my zupełnie nie konkurujemy, nie jest to też jakiś wasalski układ. Taka mała stacja jak TV4 nie miałaby szans utrzymać się w dzisiejszych warunkach, gdyby nie współpraca z dużą stacją. Na czym to polega? Wspólne zakupy programowe na przykład. My nie moglibyśmy sobie pozwolić na takie zakupy filmowe i serialowe, bo dzisiaj to są ogromne pieniądze, ale jak Polsat kupuje duży pakiet dla siebie z opcją na Czwórkę, to obie strony kosztuje to taniej.


-Czyli na Polsacie widzimy „Idola” a na TV4 „Idol Extra”?


Dokładnie. Polsat robi „Idola”, to jest duży, drogi program, na który Czwórki by nie było stać. A zrobienie „Idol Extra”, czyli dogranie tylko niektórych rzeczy, po to żeby poszło premierowo na Czwórce, jest dla nas fantastycznym interesem i tu od razu widać jak skacze oglądalność. Dla Polsatu jest to wyciagnięcie jeszcze więcej z tych wydatków, które przeznaczył na program. My się oczywiście rozliczamy na normalnych handlowych zasadach, ale nas stać na takie rozliczenie, podczas gdy nigdy nie byłoby nas stać na zrobienie oryginalnie, samodzielnie takiego dużego programu.


– Słychać opinie, że teraz układ podrzędny – nadrzędny się zmieni, odkąd Pani objęła to stanowisko…


 Jest to układ partnerski – zdecydowanie. Polsat Media jest naszym biurem reklamy – sprzedaje nasz czas reklamowy. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej współpracy. Naprawdę robi to fantastycznie i to także jest wygodny układ, bo jak przychodzi duży klient i proponuje mu się sprzedaż czasu antenowego w Polsacie i mówi mu się: „Proszę Pana, dodatkowo uzupełniamy tę ofertę sprzedażą czasu w TV4 w takich i w takich atrakcyjnych pasmach” to jest to korzystne nie tylko dla obydwu stacji, ale również dla reklamodawcy. Jest to ze wszech miar dobry układ. Współpraca jest bardzo partnerska i mamy w tym względzie szalenie interesujące plany. Można powiedzieć, że Polsat jest stacją wspierająca dla nas, ale także sam ma z tego handlowe korzyści, więc bardzo mi zależy na tym, żeby tę współpracę utrzymać i rozwinąć właśnie w taki sposób, że obie stacje zachowują swoją odrębność i swoją suwerenność – a współpracują ku obopólnej korzyści.


– Czy można powiedzieć, że TV4 będzie się teraz również nastawiał na młodego widza?


Wie Pani co, mnie się wydaje, że wszelkie tego rodzaju ruchy są niesłuszne i nieskuteczne. Jak obserwuję, co ogląda młody widz, to po pierwsze on nie jest w ogóle specjalnie chętny do oglądania telewizji, a już najbardziej nie lubi programów specjalnie dla niego robionych. Jeżeli ogląda, to akurat coś zupełnie inaczej adresowane. To jest trochę powiedziane żartem, ale jest tak, że nam jest bardzo trudno bardzo perfekcyjnie celować w określonego widza. Sprzedaje się po prostu dobrze zrobiony produkt i ja nie chciałabym żadnego widza odsyłać w kąt, i do żadnego specjalnie adresować. Przynajmniej w tej klasyfikacji wiekowej. Chciałabym, żeby program był taki, że każdy widz siada i ma jakąś przyjemność z oglądania. Tak jak powiedziałam, dla mnie np. muzyka też nie dzieli się na młodzieżową i dla starszych, tylko na dobrą i kiepską. Po prostu. A te gusta są tak szalenie pokrzyżowane, także wiekowo, że bardzo trudno jest akurat w ten sposób adresować program.


-Czyli nie będzie disco polo w nowym programie TV4?


(Uśmiech). Nie, nie będzie. Zresztą disco polo już umarło. Miało swoje pięć minut, spełniło swoją, powiedziałabym nawet, kulturową rolę. Disco polo dokonało pewnego przełomu. Po tym wszechobecnym, mocnym rocku, który królował, ludzie po prostu zatęsknili do zwyczajnej melodyjki, którą można nucić i pośpiewać o dziewczynie, o wiośnie, o miłości itd. Ponieważ nie chcieli tego robić zawodowcy, zaczęli to robić amatorzy, stąd taki był poziom. A do zawodowców w końcu dotarło, że może jednak ludziom trzeba dać coś takiego, co lubią i jak Pani wie, to disco polo bardzo odmieniło rynek – przecież hip-hop i inne kolejne gatunki muzyczne, jakgdyby się z tego urodziły i dzisiaj już disco polo nie jest potrzebne.


– Oj, hiphopowcy by się oburzyli słysząc, że się urodzili z disco polo…


Urodzili się z tej inicjatywy, ja nie chcę im wmawiać korzeni. (śmiech)


– Skoro już jesteśmy przy młodych ludziach, chciałam zapytać, bo wiem z tego, co mówiła Pani w poprzednich wywiadach, ze stacja zatrudnia razem ze współpracownikami 70 osób, jak to jest z polityka kadrową, czy stawiacie na młodych ludzi?


To jest rzeczywiście młody zespół. Młodzi mają swoje zalety, bo są dynamiczni, chce im się, mają parę do roboty, szukają jakiejś satysfakcji itd.. Ale w każdym, także w młodym zespole, potrzebny jest jakiś zawodowiec, który umie to ująć w ramy, umie pokierować zespołem. Muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o nasz zespół programowy, to jest bardzo skromnie, powiedziałabym, że właściwie muszę dopiero ten zespół ukształtować. To oczywiście nie będą jakieś straszliwe nabory, bo jestem przez dziesięć lat w Polsacie nauczona, że tu jedna osoba robi tyle, co trzydzieści w państwowej instytucji, że się nikogo nie przyjmuje na etat, tylko do określonego zadania, bo umie to robić. Myślę, więc, że przeprowadzimy jakiś niewielki nabór ludzi, którzy są kreatywni, mają pewne doświadczenia i mają jakieś pomysły w dziedzinie programowej. Już nawet poczyniłam takie kroki. Zespół jest młody, da się mu nadać nowy kierunek, nowe zadania. Oni czekają, żeby wreszcie robić coś satysfakcjonującego, więc myślę, że sobie tutaj z tym spokojnie poradzimy. Jest bardzo miła atmosfera, to jest dobry zespół, każdy wie, co do niego należy. Myślę, że w tym względzie będzie dobrze.


– A jakby Pani porównała swoje doświadczenia z początku kariery i podczas jej trwania z tymi, które są udziałem młodych ludzi dzisiaj? Chodzi mi dokładnie o branżę media.


Ja startowałam w zupełnie innych czasach. Znalazłam się w tym zawodzie przypadkiem, bo obroniłam dyplom na wydziale prawa, a trzy dni później wystartowałam do konkursu na prezentera telewizyjnego i wygrałam ten konkurs, ku rozpaczy moich rodziców. Moje początki były bardzo burzliwe. Proszę pamiętać, że wtedy jeszcze polityka i to taka bardzo sterowana centralnie, decydowała o tym, czy ktoś się nadaje do pracy w mediach. Ale osiadłam w końcu i co tu dużo mówić zakochałam się w tym zawodzie. To jest taki zawód, że albo go w całości połkniesz, albo w nim nigdy dobra nie będziesz.


– Na pewno nie jest nudny…


Nie. Na pewno nie jest nudny. Powiem tak: W tym okresie, kiedy ja startowałam więcej uwagi przykładano do szkolenia i profesjonalizmu. Dzisiaj nie ma na to czasu. Przychodzą młodzi ludzie, mają pomysły, bez względu na to, jakie mają wykształcenie – samej tej profesji uczą się w biegu. Albo się nauczą albo nie. Może to jest jakieś wyjście, chociaż mnie troszkę żal, że niektóre sprawy robi się tak na łapu-capu, nieprofesjonalnie. Ja miałam szalony próg psychiczny jak przeszłam do Polsatu. Proszę pamiętać, że przedtem pracowałam w państwowej telewizji, byłam nauczona jednak pewnej sformalizowanej instytucji, gdzie wszystko się odbywało według określonego planu. I tu nagle grupa oszalałych ludzi, która w piątkę chce zrobić telewizję. Każdy robił wszystko i to się odbywało na zupełnie wariackich papierach, także byłam mocno przerażona.

Sporo czasu minęło zanim się nauczyłam tej telewizji, tego biznesu. Bo to jest biznes – w odróżnieniu od tamtej poważnej, państwowej instytucji z misją – tu trzeba było umieć połączyć interesy z robieniem telewizji. Troszkę to trwało, ale to w końcu kupiłam. Teraz już nie mam takich oporów, bo wiem, że nie chodzi o to, by przez kolejne biurka przeszły kolejne papiery i decyzje, tylko łapie się byka za rogi, szuka do tego ludzi i wykonuje robotę. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Na pewno ta praca jest bardziej efektywna i bardziej elastyczna, bardziej reagująca na wszystko, co się wkoło dzieje. Decyzje zapadają szybko i sprawnie, bo tu nie ma kolejnych szczebli, biur, poziomów, gdzie ta decyzja musi być skonsultowana i podjęta, potem się okazuje, że nie ma jej autora jak trzeba ponieść konsekwencje. Tutaj wszystko wiadomo.
Tak samo było w Polsacie. Ktokolwiek z nas czegoś by nie robił, to decydentem był Solorz, który odpowiadał za wszystko, który ponosił konsekwencje, którego pieniędzmi operowaliśmy i wszystko była jasne. Nikt nie miał żądnych wątpliwości, do kogo się z tym udać, kto jest ważniejszy, jakie układy zawrzeć. Tam nie było żadnych układów. Ostatnią instancją był zawsze właściciel, bo to on ponosił ryzyko, konsekwencje, więc to jest na pewno w tym układzie prostsze, jaśniejsze i nie budzi żadnych wątpliwości, nie komplikuje życia.


– A jakie rady dałaby Pani młodym ludziom startującym teraz w zawodzie, od których bardzo często wymaga się kilkuletniego doświadczenia zaraz po skończeniu studiów?


To choroba młodej demokracji. Minie. Tak jak reszta głupstw z urzędniczego arsenału. Ja Pani powiem jedno – człowiek po prostu musi mieć jakiegoś robala w środku, jakąś pasję. Musi coś chcieć osiągnąć i po prostu trzeba się pazurami do tego drapać. Nie bać się. Jest bariera, nie przeszedłem – wystartuję jeszcze raz, i jeszcze raz, aż w końcu osiągnę to, o co chodzi. Nie ma innej drogi. Nie ma już tamtej Polski, w której się dostawało etat, a potem zobaczymy, co na tym etacie będziemy robić. I czegoś tam w trakcie się dowiadywałem, czy ja to lubię czy nie. Nie – najpierw muszę widzieć, co ja chcę robić, co mnie pasjonuje i drapać się do tego tak długo aż to osiągnę. To jest jedyna droga. Naprawdę. Trzeba mieć jakąś pasję. Ja nie mówię teraz o nadzwyczajnych sprawach. Nie każdy jest van Goghiem, ani Mozartem, że wie na pewno, bez czego żyć nie może, ale każdy z nas ma jakieś tam upodobania, zamiłowania, zainteresowania, coś, co wie na pewno. Moja córka, która wychowała się, jak to ona sama mówi, pod stołem montażowym, bo mama była wiecznie w stacji, zawsze mówiła: „Wszystko, tylko nie telewizja”. Bo ta telewizja jej zabierała matkę i komplikowała życie. Skończyła iberystykę i amerykanistykę, i rozpoczęła pracę jako tłumaczka, pracę w public relations, pracę w biurach reklamy. „Połaziła” po tym wszystkim, przyszła i mówi: „Mama, to mnie tak śmiertelnie nudzi, chyba nie ma wyboru, muszę iść do telewizji.” Usiłowała odmienić swoje życie, ale gdzieś tam w środku jest to coś i nie ma siły. Poszła do Dwójki, ponieważ obie nie chciałyśmy, żeby przyszła do Polsatu, bo cokolwiek by nie zrobiła, zawsze by była córką dyrektorki. Teraz wie, że dobrze wybrała. Jak coś się ma w środku, to woła i cię w końcu przywoła do tego miejsca, która jest twoje. Trzeba być wytrwałym, trzeba bardzo chcieć. A potem, jak czegoś chcesz, to się i po drodze nauczysz i pokonasz bariery, bo ci to sprawia frajdę, bo cię to satysfakcjonuje. Gdyby cię to nudziło, gdyby to było coś, czego nie lubisz – nie ma takiej siły. Dzisiaj młodzi ludzie mają wybór, nie tkwiłaby Pani w czyś, co Panią nudzi i nie daje żadnej satysfakcji.


– Ale prawdopodobnie większość ludzi na świecie pracuje w zawodach, które nie są ich wymarzonymi…


Wie Pani co – coraz mniej jest takich na świecie. U nas jeszcze nie, bo w tej chwili jest dramatyczna sytuacja z pracą i ludzie często nie mają wyboru. Po prostu – ma pracę i cieszy się, że ma jakąkolwiek. Ja bardzo pozytywnie patrzę i liczę na to, że to się wkrótce zmieni i będzie jak wszędzie na świecie, gdzie ludzie zmieniają pracę pięć, sześć razy w życiu. U nas dotąd zwyczaj był taki, że jak zaczął – tak skończył na emeryturze i w ogóle nie wyobrażał sobie zmieniać pracę. W tej chwili młodzi ludzie, ci, którzy coś umieją, coś reprezentują, mają jakąś pasję – już zmieniają, po dwóch, po trzech latach pracy. Szukają swojego miejsca. Jest w tej chwili dramatyczny moment, bo nie ma tej pracy. I to szczególnie dla młodych ludzi. Już na samym początku drogi wytrąca to z nich jakiś entuzjazm, optymizm. Ale trzeba to przetrwać i jak mówię, wytrwale dążyć do swego. Nawet, jeśli gdzieś po drodze trzeba się zahaczyć, nie rezygnować, wierzyć, że przyjdzie taki moment, że będę mógł zająć to miejsce, o którym marzę i gdzie naprawdę będę mógł robić to, co lubię i chcę.


-Czyli ważne jest według Pani zbieranie doświadczeń.


Bezwzględnie tak. Nawet, jeżeli się chce się być dobrym prawnikiem, a po drodze się było drwalem, to też się Pani przyda. Każda praca daje jakieś dobre doświadczenie. Ja miałam taką dramatyczną przerwę w życiorysie, bo był stan wojenny – jestem z tego pokolenia. Wyrzucono mnie z pracy, byłam internowana. Najpierw sprzedawałam lody i było to fenomenalne biznesowe doświadczenie. Po prostu za pożyczone, pozbierane pieniądze, założyłam budkę z lodami, przy pomocy fantastycznych ludzi, kompletnie mi obcych tyle, że życzliwych. Utrzymywałam z tego rodzinę. A potem pracowałam razem z siostrą w charakterze sklepikarki, prowadząc butik. Przez lata stanu wojennego miałam zakaz wykonywania zawodu. Jestem niezwykle wdzięczna losowi za te doświadczenia, ponieważ to szalenie mnie ustawiło życiowo.

Po pierwsze psychicznie. Przekroczyłam barierę strachu związaną z faktem, że się traci pracę. Okazuje się, że po przekroczeniu tej bariery świat jest piękny i wolny. Ja mogę sama wybierać i decydować o swoim życiu. Sama to wymyśliłam, sama sobie dałam radę, i to mnie umocniło życiowo, pozwoliło mi usztywnić mój kręgosłup. Uświadomiłam sobie, że nie muszę się godzić na rzeczy, które mi nie odpowiadają, bo albo nie mam wyboru, albo nie wypada o tym mówić. To nie prawda. Nie wiem, co będę w życiu robić, ale wiem, czego na pewno nie będę robić, – że się nie będę podpisywać pod czymś, z czym się nie zgadzam. I dlatego młodym ludziom mówię: „Oferują ci pracę przy sprzątaniu? Bierz. Jeszcze, co innego? Bierz. Ale nie zapominaj o swoim celu. A to wszystko, co po drodze zbieraj jako pozytywne doświadczenia. Naprawdę ci się to w życiu przyda.” Zresztą proszę popatrzeć na życie ludzi, których sukcesy dzisiaj oglądamy z zachwytem. Ile oni mają takich incydentów w swoim życiu, zanim dotarli do tego, co chcieli robić i jakie osiągnęli sukcesy? Robili po drodze różne śmieszne rzeczy.

Musimy wyjść z tego socjalizmu, tej etatyzowanej, zbiurokratyzowanej republiki urzędników. Musimy skończyć z mentalnością: państwo da, państwo zabierze. Nie, ja sam odpowiadam za swoje życie, ja sam w nim wybieram. Przekroczyć ten próg i uczynić się człowiekiem wolnym.
Nieważne, co robisz, ważne jak to robisz. W pewnym momencie musiałam zacząć sprzedawać lody, żeby utrzymać rodzinę, miałam silną motywację. Po drodze pomogłam dwóm koleżankom, jedna prawniczka, druga polonistka, które też ze mną sprzedawały te lody. Nauczyłam jednej rzeczy – otóż ja tych lodów nie sprzedawałam byle jak, ot tak, że ja Pani redaktor muszę teraz lody sprzedawać. Nie. Myśmy sobie powiedziały, że będziemy sprzedawać najlepsze lody w tym mieście!

W związku z tym, jak się już nauczyłyśmy obsługiwać maszyny, co nie odbyło się bez różnych tragedii, to następnie chodziło o recepturę. Co tu dużo mówić handlowcy troszkę te recepturę rozrzedzają (dolewają wody), lody są rzadsze, ale za to więcej pieniędzy. My odwrotnie, lałyśmy mniej wody żeby lody były lepsze, gęste jak śmietana. Bo nie chodziło o wielkie pieniądze, chodziło tylko o to, żeby się utrzymać i na tym nie stracić. Następnie pojechałam do Poznania, gdzie kupiłam różne smakowe esencje spożywcze. Lody były więc poziomkowe, truskawkowe, jagodowe, kakaowe, jakie Pani chciała. Ale jak dzieciom sprzedawać lody poziomkowe, które są białe? W domu z mamą tarłyśmy w sokowirówce sok z buraków, ja ten sok potem pasteryzowałam, wlewałam do bańki – toteż lody miały smak poziomek i kolor poziomek – no po prostu szaleństwo! Wie Pani to były najlepsze lody w okolicy. Ludzie przybywali tłumnie z dziećmi, stali w kolejce. To było we Wrocławiu – budka stała na samym środku zoo. Były to pierwsze lata stanu wojennego, ogromny upał, ludzie wystraszeni nie wyjechali na wakacje. Co robić z dzieckiem w upalne lato w mieście? Iść do zoo. No więc stały gigantyczne kolejki. Nie powiem – także osoba Pani redaktor była pewną atrakcją, więc niektórzy przychodzili choćby żeby zobaczyć Panią redaktor sprzedającą lody…
I tak się zaczął najlepszy interes mojego życia. Krótki, ale jakże pouczający epizod.


– Można, więc powiedzieć, że miała Pani w swym doświadczeniu również epizod marketera?


Dokładnie! I wie Pani co, ta praca przestała mnie męczyć w tym momencie jak zaczęła mi przynosić satysfakcję. To nie o to chodzi, że ja robiłam lody. Ja robiłam dobre lody, najlepsze lody! Więc to jest ważne: jak robisz coś tak, że znajdujesz tym jakąś frajdę – jesteś najlepsza. Cokolwiek – sprzedajesz znaczki, ale wszyscy cię uważają za najmilszą – i o to właśnie chodzi.

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami!

Naciskając przycisk Subskrybuj, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszymi zasadami Prywatność Prywatności oraz. Regulamin. Możesz się też z kontaktować z nami.
Add a comment Add a comment

Dodaj komentarz

Previous Post
Współpraca EuroNews i RTP m 2109

Współpraca EuroNews i RTP

Next Post
Puls Biznesu już niebawem rentowny m 11026

Puls Biznesu już niebawem rentowny





Reklama