Cieszysz się z powrotu do kraju?
Z jednej strony tak, bo zawsze jest fajnie wrócić do domu, szczególnie po czterdziestu paru dniach, kiedy jest się w zupełnie innym miejscu, kiedy ma się tylko pokój hotelowy – ten, z którego się wychodzi, wraca, ale jednak jest to cały czas to samo miejsce, ale nie jest to dom, w żadnym wypadku, to nie są warunki domowe. Inaczej pracują zachodni dziennikarze, którzy w Azji są od kilku lat, mają tam wynajęte domy, mieszkania i żyją zupełnie inaczej. Więc na pewno tak, ale z drugiej strony jednak chciałoby się tam zostać i być na bieżąco i to robić, choć zajmowanie się jednym tematem przez 40 dni też robi się nudne – traci się pewien dystans. Poza tym człowiek myśli, że to, co robi jest ciągle takie same. To jest tak, jak w przypadku, kiedy jadą reporterzy obsługiwać powódź i robią tych wejść z powodzi kilkanaście w ciągu dnia. To po trzech dniach z powodzią ma się wrażenie, że się w kółko o tym samym mówi. To jest błędne wrażenie, dlatego, że słuchacz nie słucha radia przez 20 godzin w ciągu dnia, albo 10 godzin w ciągu dnia, tylko włącza akurat w danej chwili, słyszy serwis i kończy słuchanie radia, bo wychodzi z samochodu i idzie na zakupy. Natomiast u dziennikarzy to rodzi taką frustrację, że w kółko się mówi o tym samym, albo, że się bardzo często powtarza, że używa się tych samych zwrotów. Po 40 dniach pracy w jednym miejscu i tak naprawdę zajmowania się jednym tematem, bo to jest cały czas temat Pakistan – Afganistan – to jest cały czas ten sam temat – ma się dość. Ale z drugiej chciałoby się tam wrócić, zresztą mamy ważne wizy, że możemy wrócić w każdym momencie, jeżeli coś się będzie działo.
Chętnie wróciłbyś w rejon konfliktu, czy raczej z mieszanymi uczuciami?
Jakbym nie chciał tam być to bym tam nie poleciał, to jest oczywiste.
A co zdecydowało, że to właśnie Pan poleciał jako korespondent wojenny?
=$zdjecie[2]?> Moi szefowie. Ale nie używałbym tu określenia korespondent wojenny. Korespondenci wojenni skończyli się, kiedy skończyła się druga wojna światowa – to był korespondent wojenny: szedł za frontem, albo na froncie. To nie jest dziennikarstwo wojenne. Ja wiem, że ładnie brzmi, ale żaden polski dziennikarz nie jest dziennikarzem wojennym, ponieważ dziennikarz wojenny to jest taki dziennikarz, który siedzi w okopach – tak przynajmniej ja myślę. Albo jest tam, gdzie toczy się walka – w Pakistanie nie toczyła się żadna walka.
Piotra Sadzińskiego można w tym momencie nazwać korespondentem wojennym?
Nie kłóćmy się o definicje. Piotr Sadziński też nie był w miejscu, w którym de facto toczyła się wojna, ponieważ na terenach Sojuszu Północnego było miasteczko dziennikarskie. Tam było kilkuset dziennikarzy, którzy siedzieli tam, tak naprawdę niewiele widzieli, bo nie wszędzie mogli pójść – tam nie można poruszać się, jak się chce – trzeba mieć zgodę na to, żeby przemieszczać się w różne miejsca. I tak to jest z dziennikarzami teraz. Nikt nie pozwala sobie na to, żeby dziennikarze zbyt dużo widzieli.
Był przykład w Kosowie – to jest prawdziwie dziennikarstwo, bardzo niebezpieczne. Był włoski fotoreporter, nazwiska nie pamiętam, który przez kilka miesięcy był w Kosowie, wspólnie z partyzantami UCK. Zapuścił brodę, wyglądał dokładnie, tak jak Albańczyk, robił zdjęcia i był narażony na te same niebezpieczeństwa, co każdy partyzant. To jest coś zupełnie innego i wymaga naprawdę odwagi. Pobyt w Pakistanie nie wymaga odwagi.
Jak należy przygotować się do pracy w takim rejonie? Należy coś specjalnego wiedzieć, czy można być zwykłym reporterem?
=$zdjecie[3]?> W radiu jest tak, że w radiu nie pracują specjaliści. Bardzo rzadko można w radiu komercyjnym znaleźć specjalistę z jakiejś danej dziedziny. Jeżeli są to wynika z ich własnych zainteresowań. Ja jadąc do Pakistanu przyznam, że niewiele wiedziałem o tym kraju. Wiedziałem, że jest tam K2, wiedziałem, że jest taka miejscowość, która nazywa się Gilgid, wiedziałem, że jest to kraj muzułmański. Ale zanim wyjechaliśmy, wydrukowaliśmy sobie z Jasiem Mikurtą tonę, przesadzam tonę, ale taki potężny stos backgroundów z agencji. Oprócz tego, kiedy dojechaliśmy na miejsce, natychmiast kupiliśmy książki. Jest taka bardzo istotna książka Rashida o Talibach. Książka bez której przeczytania nie powinno zabierać się głosu – to jest kwintesencja wiedzy o Talibach. I po przeczytaniu tej książki i po przeczytaniu paru innych publikacji dopiero mieliśmy pojęcie co tak naprawdę może dziać się w Afganistanie, czym jest Pakistan, jacy ludzie tam żyją, jakich języków używają i czym się różnią.
Muszę podać przykład Wojtka Jagielskiego z Gazety Wyborczej. Ten człowiek był tam po raz dziesiąty chyba, jak mówił. I on nawet przyznał, że nie wie wszystkiego o tym kraju. Dziennikarze nie muszą wiedzieć wszystkiego o danym miejscu, gdzie są, bo to jest niemożliwe. W takim wypadku musieliby dziennikarze Pakistańscy mówić tylko o Pakistanie.
W jakim języku porozumiewaliście się na miejscu?
Urzędowym językiem w Pakistanie jest język angielski, co wcale nie znaczy, że wszyscy po angielsku mówią, albo, że znaczna większość obywateli tamtejszego kraju mówi po angielsku. To jest absolutnie nieprawda. Ludzie używają tam takiej odmiany basic english i praktycznie z każdym można porozumieć się po angielsku. Gorzej w rejonach przygranicznych – tam rzeczywiście jest problem, ale wynajmowało się tłumacza, który tłumaczył.
Był taki przykład. Kiedyś rozmawialiśmy z dziećmi – uchodźcy z Afganistanu, tyle, że anty-talibańscy, to znaczy te dzieci pochodziły z plemion północy Afganistanu, z plemion, które nie popierały Talibów i te dzieci mówiły w dialekcie perskim. Inne dziecko, też uciekinier z Afganistanu, tłumaczył ten dialekt perski na język pasztu – to jest język Pasztunów. Z pasztu było tłumaczone na urdu, a z urdu dopiero na angielski.
Przechodząc taką drogę może dojść do zakłamań…
No tak, ale to są proste komunikaty. To nie jest wywiad na temat geopolityki, tylko na temat tego, co te dzieci czuły, co myślą – tutaj trudno o przekłamania. Oczywiście można założyć, że ktoś Cię próbuje oszukać, no ale raczej nie sądzę.
Miałeś ochronę? Jakieś specjalne środki bezpieczeństwa zostały powzięte?
Nie, ochrona jest niezbędna tylko na terytoriach plemiennych, ale to nie jest wymóg dziennikarzy, tylko to rządu Pakistańskiego, ponieważ terytoria plemienne rozciągają się wzdłuż granicy z Afganistanem – pas 50 mil, na którym mieszkają plemiona pasztuńskie. Każde takie plemię ma swoje własne prawa i zasady. W niektórych plemionach obowiązuje szariat – prawo muzułmańskie, w innych nie. W każdym razie, każdy rządzi się tam według swoich praw. Władza Pakistanu kończy się na ubitej drodze i tam eskorta jest konieczna. To znaczy władza Pakistańska narzuca tę eskortę – z jednej strony dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony też po to, żeby nie móc zbyt dużo zobaczyć, ponieważ Pasztunowie sprzedają broń, narkotyki. I tam można kupić bazukę czy kałasznikowa na bazarze po prostu, to nie jest żaden problem. Można kupić bazukę, pójść obok do pobliskiej doliny i wypróbować – to jest normalna tam rzecz.
Ale dochodziło w między czasie do różnych zamieszek, manifestacji w Pakistanie. Obrzucano dziennikarzy kamieniami…
Ja bym tego nie demonizował. Zdarzały się takie „objawy braku sympatii”, że ktoś w kogoś rzucił kamieniem. Rzeczywiście były takie przypadki, ale spędzając tam czterdzieści dni, przez te czterdzieści dni najczęściej spotykałem się z oznakami sympatii, a nie antypatii, dlatego, że tam ludzie są bardzo mili z natury. Na pewno część z nich jest miła, dlatego że dzięki obecności dziennikarzy, konkretnego dziennikarza, mogą zarobić pieniądze, bo wiadomo, że dziennikarze mają pieniądze i te pieniądze wydają. Być może dlatego też są mili, ale z natury – tak myślę, że chyba jednak z natury są mili. A te przypadki obrzucania to naprawdę były jakieś jednostkowe zdarzenia. Ja pamiętam, jak wyszliśmy na ulice Islamabadu zaraz po tym, jak rozpoczęły się naloty – nikt nam nic nie zrobił, nie poruszaliśmy się tam z żadną ochroną…
Czyli generalnie było tam bezpiecznie?
To jest inne pojęcie bezpieczeństwa. Tutaj wychodząc na ulicę też można zostać napadniętym i okradzionym, pewnie tak samo w Pakistanie. Ale tam na ulicach była taka ilość wojska i policji, i to nie policji z pałkami, tylko tam na ulicach stoją karabiny maszynowe i wozy pancerne, że tam jest spokojnie, ponieważ musi być spokojnie. Kiedy manifestanci, którzy manifestowali, gdzieś przekraczali tę ustaloną granicę z władzą, władza strzelała do ludzi – tam się nikt nie przejmuje takimi rzeczami. Jeżeli demonstranci przekroczą taką umowną linię zachowania, jak zdarzyło się to w Dżakobabadzie koło lotniska, wtedy pada rozkaz otwarcia ognia i strzela się do ludzi z karabinów maszynowych, po czym pojawia się niewielka notka następnego dnia w gazecie, że 7 – 10 osób zginęło.
Jest to taka polityka bezpieczeństwa generała Muszarafa?
Nie należy zapominać, że w Pakistanie nie mamy demokratycznego rządu, tylko w Pakistanie rządzi hunta wojskowa, która doszła do władzy w wyniku zamachu stanu. Tym krajem rządzi armia. Generałami są ministrowie, wyższymi oficerami są niżsi urzędnicy i generalnie wojsko rządzi Pakistanem.
Musieliście dawać jakieś łapówki na miejscu? Żeby się gdzieś dostać, z kimś porozmawiać?
No tak, zdarzało się tak. Znaczy, trudno to nazwać łapówką, bo można to równie dobrze nazywać honorarium. Żeby porozmawiać z niektórymi przedstawicielami opozycji islamskiej w Pakistanie – mniejsza o nazwiska, ale chodzi o Mułłów – ale to trzeba było zapłacić sekretarzom danego Mułły 100 dolarów, żeby móc porozmawiać z tym znanym i szanowanym Mułłą.
Były jakieś problemy na granicy w czasie pobytu, ciekawe wydarzenia z żołnierzami, celnikami?
Kiedy leci się samolotem, granica nie stanowi żadnego problemu. Lotnisko w Karaczi jest kilka razy większe niż lotnisko w Warszawie i wszystko odbywa się tam normalnie, jak w Europie. Natomiast ciekawa jest granica – i to jest punkt zainteresowania dziennikarzy – granica Afgańsko – Pakistańska. Tak jak [Ci] mówiłem, jest ten pas przygraniczny. Granicy pilnują oddziały wojskowe, ale też granicy pilnują oddziały pasztuńskie, czyli miejscowe. I to jest najciekawsze miejsce w Pakistanie dla dziennikarzy i tam wszyscy dziennikarze chcą się dostać, a tam nie można normalnie wjechać – trzeba mieć pozwolenie, specjalne pozwolenie wydane przez rząd pakistański. Żeby załatwić takie pozwolenie to trzeba spędzić kilka albo kilkanaście godzin w urzędach. Chyba trzy urzędy trzeba odwiedzić, żeby takie zezwolenie na wjazd na terytoria plemienne otrzymać. Niektórzy dziennikarze próbują dostawać się tam bez zezwoleń, przebierając się za Pasztunów, za kobiety – różnie. Podobnie, jak próbują się dostać do Afganistanu. Zresztą, przejście granicy pakistańsko – afgańskiej nie stanowi żadnego problemu.
Próbowaliście?
Nie trzeba próbować… – płaci się odpowiednią sumę pieniędzy przewodnikowi i się przechodzi. Nie przeszliśmy granicy afgańsko – pakistańskiej, bo pytanie, które stawialiśmy sobie my i nasi szefowie jest oczywiste: jaki z tego można uzyskać efekt antenowy? Kiedy przejdzie się tą granicę afgańsko – pakistańską jest się w górach, wysokich górach – nic nie widać specjalne. I jedyne, co można zrobić to tylko powiedzieć, że jest się w Afganistanie. Można przejść głębiej, ale wtedy, jak każdy dziennikarz, który do tej pory przechodził, trafia się do więzienia. Talibowie aresztują dziennikarzy i potem wydalają – jeszcze nikomu nic złego nie zrobili. Ale wówczas siedzi się dwa tygodnie, albo tydzień, albo dziesięć dni w areszcie. Na pewno dużo się widzi, ale traci się sprzęt, bo oni konfiskują sprzęt – telefony satelitarne i inne urządzenia, ponieważ no nie wiedzą do czego to służy, albo obawiają się, że to może być użyte do innych celów, nie tylko dziennikarskich. I takie przejście nie ma sensu.
Czy był jakiś niebezpieczny moment tej misji? Coś co najbardziej zapamiętałeś?
Momenty niebezpieczne są. To nie jest tak, że siedzi się tam, jak w uzdrowisku. Ale to nie są takie jakieś momenty, które powodują, że na samo wspomnienie drży serce. Nie, kiedy rozpoczęły się naloty, kiedy odbywały się np. w Peszawarze demonstracje, to już było w pewnym momencie rzeczywiście tak, że wojsko i policja nie patrzyła gdzie rzuca gaz łzawiący. Tam wjeżdżały, wśród tych demonstrantów, samochody z żołnierzami, były samochody z ciężkimi karabinami maszynowymi na dachach – i gdyby w tym momencie otwarto ogień, to pewnie też paru dziennikarzy by zginęło, bo jeżeli strzela się z karabinu maszynowego w tłum to kule lecą, tam gdzie zostały strzelone. Choć kiedy jest się w takich miejscach to jest jak ze skokiem na bungee, to jest adrenalina przez ten moment, potem może człowiek się zastanawia, że mogło coś się stać, ale kiedy to się dzieje, to nikt o tym nie myśli. Znacznie bardziej niebezpiecznie było w Albanii, w niektórych miejscach Albanii, gdzie byłem i tam się – powiem szczerze – bałem, to jest rejon Bajram Curi. Natomiast w Pakistanie nie.
Był w ogóle jakiś plan awaryjny na wypadek eskalacji tego konfliktu na tereny Pakistanu?
Niektórzy wieścili, inni obawiali się, że kiedy rozpoczną się ataki na Afganistan w Pakistanie wybuchnie powstanie ludowe, że islamiści wywołają takie powstanie, że zostanie obalona władza prezydenta Muszarafa, zacznie się chaos. Jedyne wyjście, które można było zastosować to mieć wbitą indyjską wizę do paszportu i w sytuacji takiego zamachu stanu, czy kiedy sytuacja wymknęłaby się z pod kontroli, kiedy zaczęto by zabijać białych ludzi, albo chrześcijan tylko dlatego, że są chrześcijanami, czy białymi, wtedy jedyny plan awaryjny to byłaby ucieczka w stronę Indii, ale to trzeba jechać samochodem, bo inaczej się nie da przejść przez granicę.
Mieliście taką wizę?
Mieliśmy. Załatwiliśmy ją już w Islamabadzie. To jest racjonalne działanie – należy mieć takie rzeczy w paszporcie.
Kontaktowałeś się na miejscu ze swoimi kolegami po fachu z innych mediów, krajowych i zagranicznych?
W takich krajach siłą rzeczy ludzie się kontaktują, to chociażby z racji towarzyskich – po pracy. W krajach muzułmańskich niespecjalnie jest dużo rozrywek – tam ludzie bawią się raczej w domu, albo spędzają czas w domu. Są kawiarnie i restauracje, natomiast tam nie spędza się czasu poza domem, wobec tego jest nudno generalnie, jak dla Europejczyka, Polaka. Siłą rzeczy spotykaliśmy się, żeby porozmawiać o tym, co robiliśmy, porozmawiać zupełnie towarzysko, natomiast staraliśmy się nie rozmawiać, albo nie mówić o tym, co robić będziemy, bo to jest bez sensu, ponieważ wtedy siłą rzeczy ludzie z różnych redakcji wysłani na drugi koniec świata zaczynają robić podobne rzeczy, a to jest pozbawione celu. Lepiej mówić po, niż przed.
Był w ogóle czas na odpoczynek?
To zależy, co się działo. Kiedy rozpoczęły się naloty nie było czasu na nic – spaliśmy godzinę w ciągu nocy. Ale byliśmy tam już 14 września, czyli trzy dni po tragedii w Nowym Jorku i Waszyngtonie i przez ten czas, kiedy robiło się materiały z Pakistanu opowiadające o takich miejscach, jak obozy dla uchodźców, jak granica pakistańsko – afgańska pracowało się normalnie. Owszem, było to kilka dźwięków na antenie w ciągu dnia, albo więcej, niż kilka, ale kończyliśmy pracę i mieliśmy czas dla siebie, aczkolwiek różnica czasu powodowała, że kiedy kończyliśmy pracę była głucha noc. Wtedy rzeczywiście był problem, żeby zjeść spóźniony obiad, bo wszystko już było zamknięte.
A takie rzeczy, jak alkohol i papierosy?
Papierosy to nie jest problem, natomiast alkohol – owszem, oficjalnie nie sprzedaje się tam alkoholu i muzułmanie w Pakistanie nie mogą pić alkoholu w jakiejkolwiek postaci, czy to jest lampka wina, szampana, czy piwo. Natomiast w Islamabadzie działają kluby przeznaczone dla cudzoziemców, gdzie można pić piwo. Jest klub ONZ, jest Chinese Club, Canadian Club, French Club i British Club – pięć klubów, do których obcokrajowcy mogą iść, zapłacić i napić się piwa, jak w normalnym pubie.
Piliście piwo na miejscu?
Pewnie, że tak. Natomiast, tak jak w każdym innym kraju, funkcjonuje również w Pakistanie czarny rynek, ponieważ w Pakistanie produkuje się whisky i piwo. To są rzeczy produkowane, albo na export, albo na potrzeby chrześcijan lub jakieś potrzeby oficjalne. Jest taka produkcja, natomiast muzułmanin nie może pić alkoholu. Ja miałem taką sytuację, że wracałem ze znajomym Turkiem, pracownikiem jednej z misji humanitarnych, który jako obcokrajowiec był w takim klubie – to był Chinese Club, gdzie pił piwo, rozmawialiśmy i wracaliśmy taksówką. Zatrzymała nas policja do kontroli, ode mnie nie chcieli nic poza paszportem, natomiast, kiedy zauważyli, że on jest muzułmaninem, bo jest Turkiem, to był dosyć duży problem z tym, że pił alkohol – oni to czują, a on jest muzułmaninem, a tak nie wolno według prawa pakistańskiego. Łapówka rozwiązała problem…
Korzystaliście z pomocy lokalnych dziennikarzy?
Lokalni dziennikarze w Pakistanie bardzo cieszą się z tego, co się dzieje, ponieważ lokalni dziennikarze w Pakistanie dzięki temu zarabiają pieniądze. Nie trzeba ich nawet szukać, ponieważ to oni szukają cudzoziemców – pojawiają się w hotelach, oferują swoje usługi. W większości przypadków są to usługi bardzo miernej jakości, to znaczy każdy z nich opowiada, że może załatwić, umówić i zaaranżować spotkanie z każdym, zaczynając od generała Muszarafa, a kończąc na najbardziej znanych przywódcach islamskich. Później życie pokazuje, że nie są w stanie – trzeba bardzo uważać. Czasami przewodnik jest rzeczywiście konieczny, jeżeli chce się umówić z kimś, próbowało się samemu i nic z tego nie wychodzi, wtedy można skorzystać z usług przewodnika, ale generalnie nie wydaje mi się to tak bardzo potrzebne, żeby jeżdżąc do Peszawaru, żeby tam wynajmować przewodnika do robienia tematów na miejscu. To nie jest zbyt potrzebne, raczej incydentalne.
Czy przy zbieraniu informacji korzystaliście z pomocy dziennikarzy w Polsce?
Jest zasadnicza różnica pomiędzy tym, co my robiliśmy w Pakistanie i w ogóle co dziennikarze Polscy mogą robić w takich krajach, jak Pakistan, czy w przypadku takich konfliktów, a tym co robią agencje informacyjne. Nikt nie jest w stanie z polskich dziennikarzy specjalnie ścigać się z agencjami międzynarodowymi, takimi jak Reuters, czy AFP, dlatego, że te agencje mają stałe biura w takich krajach, w których zatrudniają po kilka lub kilkanaście osób. To są często Pakistańczycy – część staffu to obcokrajowcy, część Pakistańczycy i to są normalne biura agencji, które działają tam od wielu, wielu lat. Dziennikarz z Polski, który przyjeżdża do Pakistanu, bo coś się dzieje obok w Afganistanie, nie jest w stanie konkurować informacyjnie na tzw. newsa, i też nie jest takie zadanie dziennikarzy, którzy jeżdżą w takie miejsce, bo tak naprawdę news jest dostępny w komputerze, w agencjach. Po co dziennikarz z Polski i nie tylko ma zbierać, czy szukać na miejscu newsów tego rodzaju, które są w agencjach – bo one są w agencjach, taki wyjazd jest bez celu. Trzeba pokazywać to czego agencje nie są w stanie pokazać i czego nie dają agencje, bo agencje dają suchą informację, a trzeba pokazać życie w Pakistanie, pokazać bazar, pokazać co myślą ludzie, co myślą przywódcy, co myślą i czują islamiści, a co czują ludzie, którzy są nastawieni pro – Amerykańsko w Pakistanie. Tego agencja nie jest w stanie pokazać, klimatu miejsca, tego co czują, myślą ludzie. I taka jest rola dziennikarza w takim miejscu, a nie szukanie newsa, czy ściganie się. To najlepiej widać podczas konferencji ambasadora Talibów i kiedy ta konferencja trwa większość dziennikarzy agencyjnych ma laptopy podpięte do telefonów komórkowych i na bieżąco zsyłają to, co powiedział ambasador ambasador. Jaki sens ma wtedy ściganie się?
W jaki sprzęt byliście wyposażeni?
To nazywa się w naszej nomenklaturze satelitarne studio, a składa się z dwóch elementów tak naprawdę. Szerokopasmowa nera – to nie jest telefon satelitarny, to jest antena satelitarna ze specjalną przystawką i nie można z niego wykonywać rozmów telefonicznych. Do anteny satelitarnej podpięty jest [skup?]reporter – to jest takie urządzenie, do którego podpina się mikrofony, minidisc i kilka innych urządzeń można podpiąć. Oba działają oczywiście na baterie. Antenę trzeba wystawić w odpowiednim kierunku świata, urządzenie włączyć i dzięki temu można na żywo nadawać z jakością bliską tej, którą uzyskuje się w studiu.
Miałeś laptopa, aparat cyfrowy?
Aparat cyfrowy mieliśmy, laptopa nie, zdjęcia musieliśmy przesyłać z kawiarenek internetowych, co zabierało strasznie dużo czasu. To był błąd, że nie wzięliśmy laptopa, bo wysyłanie kilku zdjęć trwało parę godzin, tam tak działa Internet.
Jak oceniasz media pakistańskie?
Mogę oceniać tylko anglojęzyczne, ponieważ trudno czytać gazety, które drukowane są w urdu, natomiast większość tytułów, takich jak The News, czy Nation starały się być obiektywne – to na pewno nie były gazety, które chciały wywołać jakiś konflikt. To raczej były obiektywne media. Oczywiście obiektywne z punktu widzenia pakistańskiego, dlatego że otwierając polską gazetę też znajdzie się częściej tam prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, czy informacje o tym, co prezydent zrobił, niż w gazecie brytyjskiej. W tych gazetach również było dużo o tym, co władza Pakistanu powiedziała, albo co prezydent powiedział, co zrobił, z kim się spotkał, ale pojawiały się też różne materiały, różne opinie – i krytyczne wobec tego, co robią Amerykanie i popierające, więc te pisma były obiektywne. Gorzej z pismami – o czym nam mówiono, próbowano tłumaczyć – które są wydawane w urdu, często w mniejszych miastach, przez grupy polityczne – te gazety na pewno nie są obiektywne. Anglojęzyczne raczej tak, chociaż popełniały błędy, na czym sparzyli się niektórzy dziennikarze, bo wbrew pozorom wiele agencji, nawet tych międzynarodowych i bardzo znanych, opiera się na prasie tamtejszej i często nie tyle cytuje, ile wykorzystuje informacje prasy tamtejszej, a zdarza się czasami, że te informacje są nieprawdziwe.
Jak oceniasz relacje przekazywane obecnie w stacjach telewizyjnych i radiowych oraz pracę swoich kolegów z innych redakcji?
To nie jest kwestia oceny. To co dzieje się w tej chwili w Pakistanie i nawet w Afganistanie już nie stanowi najbardziej istotnych informacji w serwisach, ani w telewizji, ani w radiu, dlatego że ta wojna okazała się mało medialna. To nie jest wojna w Zatoce Perskiej, gdzie wtedy dziennikarze mieli dostęp wszędzie. Teraz dziennikarze nie mają nigdzie dostępu tak naprawdę, bo nawet władze pakistańskie (już dużo wcześniej) zamknęły obozy dla uchodźców, nie wolno do nich wjeżdżać. Dziennikarze w Pakistanie, a podobnie w Afganistanie, niewiele mogą zrobić, chociażby bardzo chcieli, ponieważ na wjazd do obozu uchodźców trzeba mieć zgodę władz. Te obozy zamknięto dlatego, że obcokrajowcy, czyli my – dziennikarze, nie znamy zasad panujących wśród Pasztunów, nie znamy ich obyczajów i często te obyczaje naruszaliśmy, a wśród niektórych plemion pasztuńskich za rozmowę z kobietą, która jest żoną jakiegoś mężczyzny grozi śmierć. Ten mężczyzna musi zabić innego człowieka, który rozmawiał z jego żoną – on nie ma wyjścia, musi zabić i z tego powodu m.in. zamknięte zostały obozy dla uchodźców. Zamknięty jest obszar przygraniczny, zamknięte są obozy – tak naprawdę, co mają tam dziennikarze zrobić? Wszyscy czekają kiedy nastąpi przełom w Afganistanie, tzn. kiedy wejdą tam wojska, kiedy zostanie obalona – jeżeli zostanie obalona – władza Talibów. Podobnie jak w Kosowie, wtedy w Afganistanie pojawią się tysiące dziennikarzy.
Czyli w tej chwili wysyłanie własnego reportera przez stację telewizyjną, bądź radiową, nie ma większego sensu?
Decyduje każda z redakcji. RMF FM uznał, że nie ma specjalnie sensu, dlatego że ten konflikt może trwać jeszcze wiele miesięcy, a to co się w tej chwili dzieje nie jest tak istotne dla polskiego słuchacza. Odwracając tą sytuację, media komercyjne muszą dostarczać tego, co chce słuchacz, nawet jeżeli to jest news i muszą kierować się tym, nie mogą robić czegoś, co nie jest akceptowane. Tej wojny było bardzo dużo w polskich mediach, a to co się w tej chwili dzieje nie jest niczym nowym, to jest powtarzanie w kółko tego samego. Pojedyncze zdarzenia, które teraz można zanotować z Pakistanu, to już informacje na siódmej, ósmej pozycji w serwisach.
Jak smakuje kuchnia pakistańska?
Jest smaczna, aczkolwiek potwornie i to potwornie ostra – zresztą podobnie, jak indyjska. Trudno sobie wyobrazić, jak może być ostra potrawa, gdy nie było się w Azji. Nie chodzi już nawet o smak, tylko woda, flora bakteryjna – każdy z polskich dziennikarzy, który pojawiał się w Pakistanie, po kilku dniach przeżywał potworne męki żołądkowe, niektórzy przez cały pobyt, a nawet po powrocie.
Próbowaliście szukać czegoś normalniejszego do jedzenia, czegoś co nie byłoby tak ostre?
Tu nie chodzi o szukanie. W krajach, takich jak Pakistan, czy generalnie w krajach azjatyckich, trzeba przestrzegać zasad higieny absolutnej, tzn. nie należy i nie wolno jeść na ulicach, budkach. Należy jeść w najdroższych knajpach, najlepszych restauracjach. Nie można oszczędzać pieniędzy – pieniędzy z własnych diet – ponieważ to się bardzo źle kończy. Pakistan to kraj, gdzie występują choroby zakaźne, malaria i parę innych chorób, które mogą być przenoszone przez żywność. Nie można pić oczywiście wody z kranu – to jest kanon, to jest podstawa, nie można nawet pić zimnych napojów z lodem, ponieważ nikt nie jest pewien z jakiej wody został lód zrobiony.
Jak wyglądają te najdroższe restauracje pakistańskie w porównaniu z europejskimi, niekoniecznie tymi drogimi? Szukaliście jakichś europejskich specjałów?
W Pakistanie są również hotele sieci światowych, jak Marriot, Holiday Inn. Standard podobny, choć może trochę gorszy niż w Paryżu, Londynie, ale tu można jeść bezpiecznie dla europejskich żołądków. Oczywiście Pakistańczyk może jeść gdziekolwiek i nic mu nie będzie.
Stacjonowaliście w jednym miejscu?
Mieszkaliśmy w Islamabadzie, natomiast jeździliśmy do innych miast, bo tak jest wygodniej, bo ma się ten swój nieszczęsny pokój w hotelu, w którym trzyma się rzeczy, a jeździ tylko z niezbędną ilością bagażu. To nasze satelitarne studio ważyło 20 kg co najmniej, albo więcej – nikt tego nie ważył i to jest problem, żeby poruszać się z całym tym sprzętem. Dlatego bazę mieliśmy w Islamabadzie, a wynajmowaliśmy samochód i jeździliśmy w różne miejsca.
Często wyjeżdżaliście poza obręb Islamabadu?
Bardzo często, ponieważ Islamabad jest sztucznym miastem, to miasto zbudowane, jak Brasilia w Brazylii, to jest miasto, gdzie wytyczono ulice, postawiono gmach rządowe. To nie jest typowe miasto pakistańskie, to sztuczna stolica, miasto urzędników, w którym się nic nie dzieje tak naprawdę. I trzeba wyjeżdżać, nie można siedzieć w Islamabadzie, bo tam nie ma życia pakistańskiego.
Rozmawiał: Piotr Witkowski