Gif, który przyszedł na świat w 1987 r. za sprawą programisty Steve’a Wilhite’a, przestał już być tylko krótką animacją mającą bawić widza. Owszem, to wciąż jeden z najpopularniejszych formatów w sieci, ale jego potencjał coraz bardziej widoczny jest w marketingu. Dziś opowiemy, dlaczego te niepozorne animacje mają taką siłę i gdzie można je wykorzystać.
Zaczniemy od garści liczb. Dziennikarze „The New York Times” przeanalizowali pod koniec 2015 r. liczbę gifów opublikowanych w poszczególnych serwisach. Wyszło im, że w przypadku Tumblr każdego dnia wrzucano tam ok. 23 milionów takich animacji, użytkownicy Facebooka dziennie wymieniali się średnio ich 5 milionami, a na Slacku takich aktywności było ok. 2 milionów miesięcznie.
Ale tak było kilkanaście miesięcy temu. Można mieć przeczucie graniczące z pewnością, że obecnie „wykręcane” liczby są jeszcze większe. M.in. dlatego, że gify jeszcze mocniej wkroczyły właśnie w świat marketingu. Mówiąc inaczej, właściciele marek, nawet tych największych, zwietrzyli w nich niezły interes.
Dlaczego? Bo okazały się one skutecznym sposobem na zwrócenie uwagi potencjalnych klientów, którym już coraz rzadziej chce się oglądać dłuższe filmy reklamowe czy studiować grafiki. Gif jest znacznie mniej uciążliwy w odbiorze, a poza tym - co szczególnie ważne – statystyki pokazują, że jest znacznie częściej podawany dalej. A więc jego potencjał wirusowy jest większy. Pewnie każdy z nas ma w pamięci gif, który kopiowany był niemal wszędzie. Po prostu rozlał się po internecie jak zaraza. A m.in. o to właśnie chodzi reklamodawcom. O darmową dystrybucję.
Poza tym, jedną z największych zalet gifów jest to, że są one znacznie łatwiejsze i tańsze w przygotowaniu niż tradycyjne video.
Od setek do tysięcy retweetów
Gify w promowaniu marek można oczywiście wykorzystywać w przeróżny sposób. Na pewno największe pole manewru ma się w mediach społecznościowych, gdzie umiejętne przygotowane animacje mogą pomóc w rozkręceniu aktywności potencjalnych klientów.
Przykład? Na początek Półwysep Apeniński. Właściciele włoskiej sieci pizzerii DiGiorno nie byli zadowoleni z popularności ich marki w social media. Zatrudniona agencja uznała, że postawi właśnie na posty z gifami. Wprowadzając w nie więcej życia, chciała puścić oko do najwyraźniej znudzonych dotychczasowym stylem komunikacji klientów. Efekt? – Poziom zaangażowania wzrósł ogromnie. Wcześniej notowaliśmy najwyżej kilkaset retweetów i polubień, teraz liczymy je w tysiącach – mówił portalowi adweek.com Luke Oppliger, jeden z autorów kampanii.
Regularnie gify przygotowują też tacy giganci, jak chociażby Coca-Cola, Starbucks, Pizza Hut czy nawet General Electric. Najpopularniejsze animacje tych marek, ale też wielu innych, można podejrzeć na jednym z najpopularniejszych serwisów z gifami, czyli giphy.com. Jest co oglądać. Pojawiają się nawet opinie, że niektóre gify to małe dzieła sztuki. Coś w tym jest.
Odpowiednio przemyślane gify zawierają w sobie oczywiście elementy „call to action”, ale nie mówimy tutaj o skaczącym przycisku „kup teraz” (chociaż w newsletterach może się to sprawdzić, ale o tym później). W tej konwencji bardziej chodzi o kreatywne zainteresowanie odbiorcy. Może to być ciekawy pomysł na przedstawienie efektu reklamowanej przez nas usługi na zasadzie „przed i po”, czy też na krótki instruktarz „zrób to sam”. Bo naprawdę w tych kilkudziesięciu klatkach da się opowiedzieć historię. A już na pewno przedstawić nowy produkt naszej firmy.
Jak powiedział kiedyś prezes Giphy Alex Chung, „skoro jeden obraz wart jest tysiąc słów, a przeciętny gif ma ok. sześćdziesięciu klatek, to może on być przesłaniem ok. 60 tys. słów, a to już średniej wielkości nowela”. To oczywiście mocne przerysowanie, ale prawdą jest, że przekaz może być całkiem szeroki.
Zaskocz swoim mailingiem
Gify bez wątpienia odmieniły e-mail marketing i jeśli ktoś do tej pory się przed nimi wzbraniał, powinien tego spróbować. Jeśli chcemy przetestować, czy taki zabieg chwyci, warto na próbę wysyłać te same e-maile w tradycyjnej postaci oraz z krótką animacją.