WorldCom, telekomunikacyjny gigant z USA, po ujawnieniu księgowych fałszerstw i długów złożył wniosek o upadłość. To największa plajta w dziejach świata! Aktywa koncernu wynoszą 107 mld dolarów.
Stało się. Bankrutuje największy na świecie operator transmisji danych, odpowiedzialny za połowę przepływu informacji w Internecie, a także jeden z największych w Ameryce operatorów telefonii międzystrefowej. Klientami WorldComu są między innymi Pentagon, Federalny Urząd Lotnictwa, BP Amoco, AOL Time Warner.
Jak to się mogło stać? W latach 90., kiedy na świecie panował wielki popyt na akcje przedsiębiorstw związanych z Internetem, WorldCom inwestował w globalną sieć wielkie kwoty. Ponadto przejmował inne firmy telekomunikacyjne, przez co narobił sobie długów na ponad 40 mld dol.
Ogłoszenie bankructwa WorldCom wywołało falę ostrych spadków na giełdach całego świata, w tym w Warszawie. Jest cień szansy, że skończy się na strachu.
Poniedziałkowe sesje giełd w Azji i w Europie rozpoczęły się od dużych spadków. Nie mogło być inaczej po ogłoszeniu bankructwa drugiego na świecie dostawcy Internetu, czyli amerykańskiego kolosa WorldCom, który nie poradził sobie z wielomiliardowym zadłużeniem i aferą księgową.
Wyrzucanie akcji. Od rana z giełd płynęły niekorzystne doniesienia. Indeks Hang Seng ogromnej giełdy papierów wartościowych w Hongkongu osiągnął najniższy kurs w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. W Londynie indeks FTSE 100 stracił 2 proc. i znalazł się najniżej od 1998 roku. Poważne spadki notowały giełdy we Frankfurcie i Paryżu. Komentatorzy odwoływali się wręcz do wspomnienia krachu „czarnego poniedziałku” z października 1987 roku.
Inwestorzy europejscy poszli w ślad za wynikami giełd amerykańskich, które w piątek przeżyły potężną wyprzedaż akcji i kilkuprocentowe spadki indeksów. Wyprzedawano akcje spółek sektora energetycznego, ubezpieczeniowego i technologicznego.
– Na rynku wszyscy czekają, aż giełdy sięgną dna, ale to się jak dotąd nie stało – mówiła w poniedziałek rano Reutersowi analityk z Commerzbanku. – Jeśli spojrzy się na Dow Jonesa czy S&P 500, a później rzuci się okiem na wykresy długoterminowe, można stwierdzić, że to jeszcze nie jest dno. Zawsze istnieje szansa na stabilizację, ale trend jest skierowany w dół – dodała.
Andrzej Powierża, doradca inwestycyjny BRE Banku tłumacząc Życiu przyczyny wczorajszych spadków, podkreślał, że funkcjonowanie giełdy oparte jest w dużym stopniu na zaufaniu: Analitycy ufają sprawozdaniom finansowym spółek, a inwestorzy rekomendacjom analityków. – Spadki, jakie obserwujemy ostatnio na giełdach światowych, wynikają z faktu, iż owo zaufanie zostało naruszone. Inwestorzy po doświadczeniach z USA nie są pewni co do sprawozdawczości firm i usług doradczych analityków. A to skutkuje ucieczką przed ryzykownymi instrumentami, jakimi są akcje – twierdzi Powierża.
Wpatrzeni w Amerykę. Oczy inwestorów skierowane są bowiem Amerykę. Ujawnienie w czerwcu sprzecznych z prawem manipulacji księgowych WorldComu, dokonywanych dla ukrycia strat, spowodowało panikę inwestorów na Wall Street, wskutek czego indeksy giełdowe spadły tam do najniższego poziomu od pięciu lat. Skandal skłonił też prezydenta George W. Busha do podjęcia starań o zaostrzenie nadzoru nad księgowością koncernów i wprowadzenie surowszych kar dla oszustów w biznesie.
Czarny obraz wczorajszego dnia potwierdził się z chwilą rozpoczęcia notowań na Wall Street. Tam najpierw ruszyła fala wyprzedaży i główny indeks akcji amerykańskich szybko zbliżył się do psychologicznej bariery 8000 punktów. Wtedy gracze zaczęli kupować akcje i rynek poszedł w górę, ale impetu wystarczyło tylko na moment. Później kursy akcji spadały, by po kilku godzinach znów rosąć. Przed końcem sesji znowu odnotowaliśmy falę wyprzedaży. Na zamknięciu Dow Jones wnosił 7784 pkt.
Kiepski klimat w Warszawie. Również i warszawska giełda nie oparła się ogólnej tendencji. Już po otwarciu przełamane zostało psychologiczne wsparcie indeksu WIG 20 na na poziomie 1100 punktów, o czym zdecydowały głównie poważne spadki kursów Telekomunikacji Polskiej i KGHM.
Obroty na rynku nie były zbyt duże, co świadczyło o tym, że nie ma chętnych na kupowanie akcji nawet po ich poważnej przecenie. Z kolei chętnych do sprzedaży nie brakuje, a każda przejściowa poprawa sytuacji jest wykorzystywana do oddania posiadanych papierów. Rynek obsuwał się na coraz niższe poziomy. Być może widmo jeszcze czarniejszego scenariusza wydarzeń powodowało, że inwestorzy wstrzymywali się z zakupami, czekając na znacznie lepsze ceny.
Analitycy podkreślali, że tylko jeśli sesja w USA skończy się optymistycznie można się spodziewać, że dziś na warszawskim parkiecie indeksy będą lekko odrabiać straty. W przypadku kolejnej zniżki za oceanem widmo spadku do poziomu indeksu WIG20 do 1000 punktów znacznie się przybliży.
– Przełamanie bariery 1100 punktów jeszcze w trakcie sesji, a drugi raz tuż przed jej zamknięciem to po prostu zielone światło do dalszych spadków – powiedział Życiu Paweł Gołębowski, makler z IDMSA.