Czy życie poza korporacją istnieje?
Za polskie zagłębie korporacyjne powszechnie uznaje się ulicę Domaniewską w Warszawie, zwaną pieszczotliwie polskim „Mordorem”. Stoi tu około stu biurowców, których łączna powierzchnia użytkowa sięga blisko miliona km2. Dziennie pielgrzymuje w te tereny nawet 100 tysięcy ludzi, którzy regularnie przed godziną dziewiątą oraz po godzinie siedemnastej formują się w kwadraty, piki i szeregi szturmujące komunikację miejską. W porównaniu z drogą do- i z- korporacji pracowników warszawskiego Mordoru droga tolkienowskiego Frodo to kaszka z mleczkiem. Komunikacyjny paraliż wywoływany przez workersów wracających z korporacyjnych molochów stał się już obiektem drwin i absurdalnych fanpage’y, jak np. strona www.czydomaniewskastoi.pl, która „bada” bieżące natężenie ruchu na Domaniewskiej.
Oczywiście Domaniewska stoi zawsze
Według badania „Lemingi, Korposzczury i Orkowie”, przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie Tiger, warszawski Mordor zasilają dziś głównie osoby z pokolenia Y, czyli „millenialsów”. Blisko 9 na 10 osób pracujących w korporacjach na Domaniewskiej i okolicach to młodzi ludzie, z reguły do 30 lat. Jak zapewnia niemal co drugi z pracowników tamtejszych korporacji praca w tym miejscu jest dla niego „spełnieniem marzeń”. Jednocześnie aż 40 proc. ankietowanych przyznaje się do wypalenia zawodowego, a 15 proc. mówi o stresie przed pracą, jeszcze zanim podbije badża i postawi swojego ferststepa w korpo.
Burnout, czyli wypalone pokolenie
Syndrom wypalenia zawodowego dotyka pracowników w coraz młodszym wieku. Przede wszystkim poważnie przetrzebia szeregi pokolenia Y. Millenialsi w starciu z bezosobową machiną korporacji często nie są w stanie sprostać psychicznie wyzwaniom, jakie stawia przed nimi „polityka firmy”. To wówczas pojawia się „burnout”, jak powiedziałby korpoludek.
Pierwsze oznaki wypalenia zawodowego są stosunkowo łatwe do zdiagnozowania. Poczucie bezsensowności wykonywanej pracy zaczyna się nasilać. Nadmiar obowiązków miesza się z jałowością otrzymywanych zadań. Wkracza marazm: każdy kolejny dzień cechuje „takosamość”. Sztywny gorset obowiązków zaczyna krępować, brakuje miejsca na kreatywność. Satysfakcja z pracy ustępuje miejsca frustracji. Złagodzeniu tego stanu rzeczy nie sprzyja fakt, że każdego dnia poprzeczka zawieszana jest coraz wyżej. Nawet jeśli pracownik ją przeskakuje i liczy na awans, to i tak napotyka na przeszkodę w postaci szklany sufit. Jego kandydatura pomijana jest przy awansach. Pojawiają się pretensje do siebie i otoczenia. Nakręca się wyścig szczurów („inni są lepsi ode mnie – ja muszę być lepszy od nich”), skutkujący zostawaniem pracowników po godzinach. Do tego dochodzi sztucznie pompowana presja i powracająca jak bumerang w poleceniach przełożonych bezosobowa „polityka firmy”, którą uzasadnia się każde roszczenie wobec pracownika i każdą odmowę itd. Błędne koło korporacji zamyka się, a uwięzieni w nim pracownicy często nie widzą innych perspektyw, jak tylko zostać w tym kole. Z nadzieją, że kiedyś zmieni się je na inne. Bardziej komfortowe. Choć nadal w ramach korporacji.
W pewnym momencie ta sytuacja staje się nie do zniesienia. Bańka korporacji pęka. Uciekający horyzont sukcesu okazuje się mrzonką. Pojawia się pustka, a raczej rozwidlenie zawodowych dróg: zostać czy uciekać? Być może litera Y w nazwie tego pokolenia bierze się właśnie stąd – w pewnym momencie staje ono bowiem na zawodowym rozdrożu: korporacja czy mały biznes?
Dlatego nie powinno dziwić, że coraz więcej młodych i sfrustrowanych z pokolenia Y ucieka z korporacji. Ci, którzy nie mogli już dłużej znieść życia naszpikowanego „fakapami” i „dedlajnami” – zaryzykowali. Spakowali swoje biurka i uciekli z ołpenspejsa, szukając zawodowego szczęścia poza korpo. I odnaleźli je – w małych, dynamicznych spółkach. Ich prywatna ucieczka do wolności okazała się sukcesem.
Z pamiętnika (byłego) korpoludka
Weronika przepracowała w korporacji dwa lata. Praca w dziale obsługi klienta w jednym z głównych telekomów dała jej się jednak mocno we znaki. Co kwartał kolejne, nierealne cele biznesowe, od których realizacji uzależniona była jej premia – i co kwartał złudzenie jej i jej współpracowników, że te cele uda się urzeczywistnić.
– Zapewniano mnie i mój dział, że będziemy ekspertami, a traktowano nas jak małe robaczki. Czułam się jak chomik w kołowrotku. Wydawało mi się, że prę do przodu, a w gruncie rzeczy cały mój wysiłek pozostawał niezauważany. Dość wspomnieć, że w innych departamentach nikt nie miał pojęcia o istnieniu naszego działu. Moje inicjatywy nie znajdowały zainteresowania u przełożonych, więc została tylko praca odtwórcza. Z drugiej strony każde moje najdrobniejsze potknięcie było skrupulatnie wypunktowywane. Szybko pojawiły się pretensje do samej siebie, że może daję z siebie za mało, więc zaczęłam zostawać po godzinach. Jednak nie przyniosło to rezultatu: w oczach pracodawcy nadal byłam szarą myszką, której odejście z firmy nic by w niej nie zmieniło. Przejrzałam na oczy: korporacja okazała się pomyłką – mówi Weronika.
Klamka zapadła. Weronika zaczęła rozsyłać CV. Mocno zawęziła swoje poszukiwania: byle nie korporacja. Wbrew pozorom pracę znalazła bardzo szybko: po niespełna dwóch tygodniach zaproszono ją na rozmowę do małej warszawskiej spółki IT zajmującej się internetową analityką danych. Jej życie zawodowe i prywatne zmieniło się o 180 stopni.
– Praca w małej firmie to przede wszystkim praca z ludźmi, a nie z przełożonymi. To, co różni ją od pracy w korporacji, to większe zaufanie pracodawcy do pracownika oraz pomiędzy samymi pracownikami. Od razu zauważyłam, jak mocno korporacja odbiła się na mojej psychice. Na początku nowej pracy z podejrzliwością patrzyłam na życzliwość ludzi. Upatrywałam w niej drugiego dna. Myślałam, że wcale nie chcą mi pomóc, tylko zaszkodzić. Prędko okazało się, że to tylko zły bagaż doświadczeń, które wyniosłam z pracy z ludźmi w korporacji. Przekonałam się, że w małej firmie naprawdę liczy się zespół. Dano mi swobodę w wykonywaniu działań, których nie musiałam już przeprowadzać kropka w kropkę zgodnie z jakimiś odgórnymi przepisami firmy – tłumaczy Weronika, która teraz pracuje w jednej z polskich, małych i młodych spółek IT.
To tylko jedna z wielu historii udanego transferu ludzi z Pokolenia Y z korporacji do małej firmy.
Mały biznes – wielkie możliwości
Jak szacuje European Information Technology Observatory, polski sektor ICT, wliczając w to młode startupy, wart jest dziś od 16 do 20 mld USD. Według danych GUS w polskiej gospodarce działa blisko 1,8 mln przedsiębiorstw. Aż 99,8 proc spośród nich stanowią firmy z sektora MŚP, przede wszystkim zaś – małe firmy. Te statystyki obrazują, jak wielka siła drzemie w mikro- i małych przedsiębiorstwach. To one są motorem napędowym polskiej gospodarki. Według szacunków GUS generują obecnie blisko co drugą złotówkę polskiego PKB.
Młode polskie firmy, zwłaszcza w sektorze IT, wyrastają dziś na technologicznych liderów i innowatorów, które wnoszą powiew świeżości na rynku. To właśnie młode startupy IT wyciągnęły polską gospodarkę z technologicznego i innowacyjnego zaścianka, dzięki czemu to właśnie Polskę uznaje się dziś za jedno najbardziej obiecujących zagłębi IT Starego Kontynentu. Oczywiście na tle amerykańskiej Silicon Valley i izraelskiej Silicon Wadi nasza scena startupowa wypada wprawdzie gorzej, ale z pewnością powodów do wstydu nie mamy. Sherlybox, Woolet, Estimote, IVONA, Neuro:ON, DocPlanner – te startupy odniosły sukcesy na rynku międzynarodowym. Młode spółki IT wyrastają na kuźnie kreatywnych pomysłów, dzięki którym – mimo swoich rozmiarów – w coraz większym stopniu przeistaczają się w biznesy o zasięgu globalnym. O ile korporacje to z reguły nieruchawe molochy, których kreatywność nie jest mocną stroną, o tyle o obliczu polskiej klasy kreatywnej decydują właśnie małe biznesy.