Według Dziennika Polsat zażądał od TVP za trzyminutowe fragmenty meczów z bramkami 500 tys. euro. Zagraniczne agencje oceniły tę cenę jako „niesamowitą”. Podobny pogląd miała również TVP, bo na początku nie miała zamiaru wykładać takich pieniędzy. Dlaczego zmieniła zdanie?
Na pierwszy rzut oka to dziwne posunięcie. Lepiej już było wyłożyć 10 mln euro i mieć 15 meczów w całości niż za pół miliona kupować półtorej godziny w kawałkach. Po obecnym kursie 500 tys. euro daje 1,7 mln zł. Za takie pieniądze można nakręcić 5-6 odcinków dobrego serialu albo dwa odcinki gwiazd tańczących na lodzie. Jednak TVP wolała wydać je na pozbawione dramaturgii skróty, których nie da się pokazać na żywo, bo trzeba byłoby przerywać inne programy. To oznacza, że większość tych, którzy w jakimkolwiek stopniu interesują się Euro 2008, będzie znać wynik, zanim włączy „Wiadomości” albo „Teleekspress”. A najbardziej zainteresowani będą mogli po prostu wejść do internetu na oficjalny serwis UEFA (Euro2008.uefa.com) i obejrzeć sobie bramki tam, a nie w TVP.
Jednak biznes telewizyjny jest bardziej skomplikowany, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Prawa do wydarzeń sportowych są tak drogie, że stacje niekodowane rzadko potrafią na nich zarobić. Żeby tak było, muszą czerpać pełnymi garściami zarówno z reklam, jak i z pieniędzy swoich abonentów. W odróżnieniu od telewizji publicznej Polsat ma dwa płatne kanały sportowe, ale nawet to nie pomoże mu odzyskać pieniędzy, które wyłożył na zakup praw do Euro 2008. Tym bardziej że nie udało mu się podzielić tych kosztów (15 mln euro) z TVP. Jeszcze trudniej byłoby zarobić na tym nadawcy publicznemu i z tej perspektywy zakup skrótów jest dla niego bezpiecznym wyjściem.
Trzeba pamiętać, że zarząd TVP działa pod ciągłym politycznym ostrzałem. Resort skarbu zarzuca spółce ciężkie grzechy, w tym niegospodarność. Gdyby telewizja publiczna zdecydowała się zapłacić dwie trzecie ceny praw, dostając tylko połowę pakietu meczów, politycy mogli posądzić ją o nabijanie kabzy prywatnemu nadawcy.
Na dodatek wśród widowni TVP jest sporo ludzi starszych i gorzej sytuowanych finansowo mieszkańców prowincji. Oni nie sięgają po internet tak często, jak wielkomiejscy widzowie kanałów tematycznych czy TVN. Dlatego skróty meczów w telewizji publicznej mają więcej sensu niż gdzie indziej.
No i nie można zapominać o prestiżu, który w przypadku dużych stacji ma ogromne znaczenie. To dla niego nadawcy tak często decydują się na wydanie gigantycznych pieniędzy na sport, które rzadko im się zwracają. Maciej Strzembosz, dyrektor artystyczny spółki producenckiej ATM Grupa, podkreśla, że skróty z bramkami w solidnym programie informacyjnym wyglądają nieporównanie lepiej niż reporter streszczający zmagania piłkarzy na tle wymarłego stadionu, na którym już nic się nie dzieje.
Jednak wszystkie te kalkulacje bledną wobec emocji polityków i mediów, lamentujących nad tym, że „TVP nie pokaże nawet jednej bramki” z Euro 2008. Dlatego TVP zmieniła zdanie i zdecydowała się pójść na skróty.
Więcej na http://www.gazeta.pl/