Nie od dziś wiadomo, że czystość języka jest w Polsce sprawą wagi państwowej. Wychodząc z tego założenia Polacy próbują tłumaczyć niemal wszystko, nawet to, co powszechnie uchodzi za nieprzetłumaczalne. W szczególności upodobaliśmy sobie np. tłumaczenia serialowych tytułów.
W większości wypadków, efekty są albo żenująco śmieszne, albo w ogóle ich nie ma, ponieważ widzowie i tak używają tytułu oryginalnego. Niezbyt udane tłumaczenia nie muszą być nawet bardzo śmieszne, czy głupie, wystarczy, że będą dosłowną kalką językową, jak to się stało na przykład w przypadku „Kalifornizacji” („Californication”).
Tłumaczeniowy ambaras nie dotyczy, oczywiście, tylko seriali. Spektakularne lingwistyczne upadki zaliczali również tłumacze tytułów filmowych, chociażby nazywając polską wersję „Dirty Dancing” – „Wirującym seksem”.
Tytuły serialowe są jednak zdecydowanie najbardziej poszkodowanymi ofiarami językowych transformacji, w wyniku których polscy widzowie, zamiast „Hung” (HBO) oglądają „Wyposażonego”, a zamiast „Royal Pains” (TVP) – „Bananowego doktora”.
Tak widowiskowych translatorskich upadków jest w programach telewizyjnych naprawdę wiele. Dla przykładu „The Wire” to „Prawo ulicy”, a „Scrubs” otrzymało nowy, niezwykle uroczy tytuł „Hoży Doktorzy”. „Prison Break” natomiast, został opisany jako „Skazany na śmierć”.
Zmiana nazwy na przetłumaczoną może serialowi zrobić krzywdę, nie tylko tę stylistyczną. Jeszcze 10 lat temu, tytuł znaczył niewiele. Zmieniło się to w chwili, gdy większość widzów wiedzę na temat oglądanych seriali czerpie przede wszystkim z internetu, poznając najpierw tytuły anglojęzyczne.
Wtedy karkołomna zmiana takiego tytułu na polski boli szczególnie, dodatkowo wprowadzając w dezorientację. Bo skąd mamy wiedzieć, że „Eastbound & Down” to „Mogło być gorzej”, a „Lie to Me” to „Magia kłamstwa”?
Jednym z ewentualnych kół ratunkowych dla zagubionego widza może być częściowe tłumaczenie, czyli dodawanie do tytułu oryginalnego jego polskiego odpowiednika.
Rozwiązanie jest bardzo praktyczne i bardzo zabawne zarazem. Stacje nie rezygnują z promocji znanych anglojęzycznych tytułów, jednocześnie podając ich znaczenie. Na przykład „Lost: Zagubieni” albo „FlashForward: Przebłysk jutra”.
Kontrast oryginału i tłumaczenia czasem, co prawda, wprowadza w zdumienie, a ostatecznie większość osób i tak korzysta z oryginału, czyli pierwszej części. Ale co najważniejsze, każda ze stron jest zadowolona.
Niestety, opcja częściowego przekładu nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Czasami oryginalne nazwy są za długie, żeby dodać im dodatkowy człon.
Nadgorliwym tłumaczom zdarza się również czasem zagalopować i stworzyć formy, jakich przeciętny widz nigdy by się nie spodziewał. Skutkiem takiego twórczego rozmachu są tytuły takie, jak na przykład „Fringe: Na granicy światów”.
Ta właśnie nazwa, emitowanego w TVN serialu, spotkała się z oburzeniem fanów, którzy zarzucali jej, że jest poważnym spoilerem. Faktycznie, dopiska „Na granicy światów” sugeruje, że we „Fringe” są jakieś światy, co niestety staje się dla widza oczywiste dopiero pod koniec całego sezonu.
Wydaje się więc, że najlepszym rozwiązaniem są krótkie nazwy takie, jak House”, „Dexter, czy „Californication”. Nie trzeba i nie warto ich tłumaczyć.
Mimo wszystko, jedna ze stacji spróbowała i stworzyła podejrzanie brzmiący twór „Kalifornizacja”, co jak słusznie ocenia Popcorner, brzmi jak połączenie Kalifornii i wulkanizacji i co daje mu raczej marne szanse na ciepłe przyjęcie.