już Google, któremu zarzuca się cenzurowanie wyników wyszukiwania czy Flickr – internetowa galeria, w której znalazły się zdjęcia z masakry na placu Tiananmen, a do której dostępu nie mają użytkownicy chińscy.
Teraz kłopot z Chinami ma serwis Yahoo. Na jaw wychodzą szczegóły sprawy sprzed 3 lat, kiedy to rząd chiński skazał na 10 lat więzienia demokratycznego działacza Shi Tao po tym, jak Yahoo udostępnił Chinom jego listę kontaktów i treść e-maili. Yahoo podkreślało, że nie było świadome, do jakich celów posłużą te informacje.
Tymczasem chińska organizacja praw człowieka ujawniła ostatnio treść dokumentu zawierającego prośbę władz chińskich skierowaną do Yahoo. Wynika z niej, że portal wiedział, iż materiały zostaną wykorzystane w śledztwie przeciwko obywatelowi Chin podejrzewanemu o udostępnianie tajemnic państwowych zagranicznym podmiotom.
Na tym etapie sprawa się komplikuje, gdyż Yahoo poinformowało amerykański kongres, że nie wie nic na temat natury toczącego się śledztwa. Organizacja Dui Hua twierdzi, że ujawnione dokumenty są ewidentnym potwierdzeniem, że portal wiedział przynajmniej o rodzaju przestępstwa, które rzekomo popełnił Shi Tao.
– Nie trzeba być ekspertem prawa chińskiego, żeby wiedzieć o tym, iż zarzuty związane z tajemnicą państwową często służą do ukarania tych, którzy mają niewłaściwe poglądy polityczne – mówi Joshua Rosenzweig z Dui Hua.
W obliczu nowych faktów nasuwa się pytanie: o czym naprawdę wiedziało Yahoo i czy mogło postąpić inaczej?