Przypomniałem sobie projektowanie przy pomocy ołówka, kredek, farb, kolorowego papieru, nożyczek, flamastrów, fotograficznych aparatów analogowych i innych cudownych narzędzi, teraz trochę zapomnianych. Wróciły w pamięci czasy bez komputera, gdzie jedynym pomocnikiem grafika był Letraset z wyciskanymi literkami, ornamentami i rastrami, a zdobycie zagranicznych farb i kolorowych tuszy wymagało chodów w sklepach z zaopatrzeniem dla plastyków.
Czasy, w których z wielkim szacunkiem podchodziliśmy do papieru, na którym tworzyliśmy swoje dzieła. Czasy bez opcji „undo” – będzie tak jak jest albo startujemy od nowa.
Po tych, wydawałoby się, mękach, pojawiły się komputery, skanery, drukarki i aparaty cyfrowe i nagle okazało się, że mamy nieograniczone możliwości w projektowaniu graficznym. Wystarczy tylko poznać obsługę odpowiednich programów. Nasze analogowe narzędzia zniknęły w szufladach, bo przestaliśmy mieć czas na twórczość sensualną, a to co miało nam zaoszczędzić czasu w pracy przez swoje bogactwo możliwości, stało się naszym więzieniem, w którym bez końca potrafimy produkować nowe wersje najnowszych wersji projektów różniące się od siebie tak bardzo, że tylko my jesteśmy w stanie to zauważyć.
Projektowanie oparte wyłącznie na standardowych zasobach naszych komputerów, ma niestety jedną bardzo istotną konsekwencję. Zauważalna jest pewnego rodzaju unifikacja pozbawiająca twórcę indywidualnego stylu. Bardzo często nie jesteśmy w stanie rozpoznać autora projektów. Dlatego też uważam, że tym czymś co dodaje projektom graficznym niepowtarzalności i rozpoznawalności jest właśnie ręczna robota.
Ręczna robota od zawsze była domeną street artowców, grafficiarzy i ilustratorów i co jakiś czas próbowała się wbić do grafiki użytkowej ciesząc mnie tym niezmiernie i dając nadzieję na triumfalny powrót prawdziwej, „naturalnej” grafiki. Taką właśnie falę powrotu można zaobserwować teraz. Dziedziną, w której ten nurt dobrze sobie radzi, jest projektowanie opakowań. Przesyt sterylnych plastikowych przedstawień owoców, warzyw, pięknych, zadowolonych ludzi i zwierząt mogący wywołać mdłości, zastępują coraz częściej opakowania z lekko, ręcznie rysowanymi ilustracjami i typografią „z łapy”, drukowane na naturalnych papierach.
Przykładem godnym prezentacji są projekty autorstwa Jamie Olivera, nagrodzone na tegorocznym festiwalu w Cannes.
To samo, w mniejszym lub większym stopniu, dotyczy reklam, plakatów kulturalnych, grafiki na ubraniach, samochodach, a nawet infografiki. Dwa przykłady: Suzuki z Dominikany i Coca-Cola z okazji konferencji „klimatycznej” w Kopenhadze i jeden z polskiego rynku.
Ręczna robota daje radość tworzenia, niepowtarzalność i szansę na ponadczasowość. Odbiorcy i użytkownikowi daje radość obcowania z czymś wyjątkowym i wyróżniającym się. Trudno mi wyobrazić sobie, że ktoś teraz, czy za 10 lat udekoruje swoje mieszkanie jakąkolwiek współczesną reklamą pozbawioną pierwiastka „ręcznej roboty”.
Kiedy oglądam niezapomniane dzieła polskiej szkoły plakatu z czasów, kiedy ręczna robota nie była kwestią wyboru, a jedyną możliwością, to za każdym razem ogromne wrażenie robi na mnie poszukiwanie indywidualnej drogi przez każdego z artystów. Autorzy tych plakatów nie musieliby się pod nimi podpisywać.
Napływająca fala „vintage designu” daje nadzieję na zmianę w projektowaniu i powrót do źródeł.
Poczułem wielką tęsknotę do ręcznej roboty, tego całego warsztatu grafika i bawienia się prawdziwymi analogowymi zabawkami (skutki tej tęsknoty można zobaczyć poniżej, wdzięczną materią jest nowa identyfikacja wizualna naszej firmy).
Czasami zastanawiam się, ilu z nas jeszcze potrafi projektować „bez prądu”.
Dariusz Kazimierz Szubiak-Herman, creative commander w Brainshop U-boot, agencji, która docenia hand made