Projekt ustawy o kinematografii, która rewolucjonizuje sposób finansowania polskich produkcji filmowych opracowało ministerstwo. Dotarli do niego dziennikarze Gazety Wyborczej.
Jak czytamy w gazecie, w miejsce zlikwidowanego w kwietniu Komitetu Kinematografii odrodzi się w postaci fundacji Instytut Sztuki Filmowej, który bezpośrednio zajmie się produkcją i rozpowszechnianiem filmów. Pieniądze na jego działalność mają pochodzić m.in. z państwowych subwencji, czy darowizn. Najważniejsze jego wpływy – jak podaje Gazeta – mają pochodzić ze: specjalnych dopłat do gier liczbowych, procentu pobieranego od sprzedaży biletów kinowych, opłaty nałożonej na filmy sprzedawane na DVD, czy kasetach wideo, specjalnych kwot od sprzedaży magnetowidów oraz z procentu pobieranego od przychodów uzyskiwanych przez nadawców telewizyjnych z emisji reklam.
Szacuje się, iż rocznie, od stacji telewizyjnych, mogłoby trafiać do Instytutu nawet 57 mln zł. Tyle bowiem wynosi procent od dochodów reklamowych stacji telewizyjnych w 2001 roku – wyniosły one 5,7 mld zł.
Przeciw pomysłowi protestują nadawcy prywatni. – Każdy system quasi-podatkowy jest zły dla telewizji i dla samych twórców – mówi na łamach Gazety Wyborczej Aleksander Myszka, członek rady nadzorczej Polsatu. – Kinematografię trzeba odbudować, ale nie takimi sposobami – komentuje Andrzej Sołtysik, rzecznik TVN. Jak dodaje Sołtysik, w zeszłym roku holding ITI zainwestował w produkcję kinową 11 mln zł.
Nowy pomysł nie przeszkadza telewizji publicznej. – Uważamy, że inwestowanie w polską kinematografię się opłaca, bo jest ewidentna łączność między filmem kinowym i telewizyjnym – tłumaczy w Gazecie Wyborczej Jacek Snopkiewicz, rzecznik TVP. – Telewizja Polska jest dzisiaj w dobrej kondycji finansowej i sobie poradzi z nowym obowiązkiem.