– Kandydując do Sejmu i porzucając kierowanie KRRiT, Elżbieta Kruk zachowuje się jak lojalny funkcjonariusz partii rządzącej, delegowany na kolejne odcinki wedle potrzeb politycznych braci Kaczyńskich – mówi nam Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej.
– Gdyby dokonania zawodowe miały jakikolwiek wpływ na decyzje wyborców, pani Kruk nie miałaby żadnych szans w najbliższych wyborach. Trudno byłoby wymienić jeden sukces jej autorstwa w KRRiT – uważa Michał Kobosko, redaktor naczelny Newsweeka.
Łukasz Warzecha, komentator Faktu, przypomina, że PiS odzyskał KRRiT w sposób bardzo ofensywny. – Stało się jasne, że oczekiwania wobec Elżbiety Kruk są jednoznaczne: miała w KRRiT, skomponowanej według parytetów koalicyjnych, realizować politykę partii rządzącej – mówi nam Warzecha.
– Pani Kruk pewnie nie była ani lepsza, ani gorszą szefową niż np. pani Waniek. Problem nie tkwi w osobie, lecz w strukturze. Niezależnie od tego, kto dojdzie do władzy w tym kraju, KRRiT zawsze będzie traktowana jako polityczny lup – wyjaśnia Marek Magierowski, zastępca redaktora naczelnego Rzeczpospolitej.
Warzecha uważa, że Elżbieta Kruk nie ponosi winy za to, jakiego typu organem jest KRRiT. – Jeśli ktoś ma pretensje o upolitycznienie rady, to powinien je skierować do posłów, którzy uchwalali polską Konstytucję i Ustawę o Krajowej Radzie – mówi Warzecha.
– Pani Kruk zaś przeszła do historii głównie jako osoba, która najpierw była szefową rady, potem przestała, a potem powróciła – po zmianie ustawy i ponownym powołaniu jej przez radę – wspomina Kobosko.
– KRRiT pod różnymi rządami była słusznie krytykowana za polityczne naciski, próby sterowania mediami publicznymi pod wytyczne kolejnych władz państwowych, próby wpływania na stosunki własnościowe wolnych mediów prywatnych, szkodzenie jednym i faworyzowanie drugich po myśli rządzących – mówi Stasiński.