Po odpowiedziach m.in. Piotra Wojciechowskiego, Moniki Olejnik, Igora Jankego, Ewy Milewicz, Piotra Zaremby czy Katarzyny Kolendy-Zaleskiej swoją opinię wyrażają:
Kamil Durczok: To nie prawda, że nikogo nie interesuje spór o etykę dziennikarską. (…) Opinia publiczna, które na skutek słabości władzy w Polsce ma tak wielkie oczekiwania i nadzieje wobec mediów, takiej debaty pragnie. (..) Problemem jest jednak to, że stopień animozji (podsycanych konkurencją) w środowisku dziennikarskim jest tak wielki, że niewielu z nas stać na to, by usiąść razem i z podniesioną przyłbicą powiedzieć sobie prosto w oczy, co na boli.
Jacek Stawiski: Czy potrzebne jest wyłonienie grupy autorytetów? Odpowiadam ks. Bonieckiemu: mam złe doświadczenia. Albo grupa ta będzie uzurpować sobie prawo do ferowania wyroków, albo będzie mało reprezentatywna, albo będzie zlepkiem interesów politycznych. Dlatego wolałbym nie.
Jacek Żakowski: Istnieją autorytet powszechne, chociaż nie ma autorytetów totalnych, czyli uznawanych przez wszystkich, w każdej sytuacji i we wszystkich dziedzinach. Tak już chyba będzie. Nie będzie już Turowicza ani Giedroycia. Nawet zresztą gdyby żyli, nie sądzę, żeby wstępujące pokolenie polskiego dziennikarstwa było skłonne respektować ich autorytet. Zostaliby wdeptani w ziemię jak Adam Michnik.
Joachim Trenkner pisze z Berlina o tym, jak Niemcy rozwiązali kwestie sporne ze styku prawa, mediów i etyki: Niemieckie media cieszą się w świecie dobrą opinią: jako niezależne, zakorzenione w demokracji, krytycznie nastawione wobec rządzących i chronione przez prawo. Tym bardziej paradoksalnie zabrzmi konstatacja, że przyczyn tak wysokiej oceny systemu medialnego Niemiec szukać należy – podobnie jak przyczyn prawie wszystkich społecznych osiągnięć współczesnych Niemiec – w „niemieckiej katastrofie” lat 1933 – 1945.
Tygodnik Powszechny nr 4, w sprzedaży od 16 stycznia.