O sprawie napisaliśmy w sobotniej Gazecie. Przypomnijmy – internauci dostają pisma w bardzo ostrym tonie sygnowane przez warszawską firmę Kancelaria Prawnicza „Obig”. Firma twierdzi, że ustaliła, iż nielegalnie rozpowszechniali materiały chronione prawem autorskim, powołuje się na współpracę z policją i prokuraturą. – Zarzucają mi, że rzekomo w marcu 2007 r. ukradłem im prawa autorskie do gry Dream PinBall 3D – relacjonuje na forum Napisy.info internauta podpisujący się nickiem Milczek, jeden z tych, którzy dostali pisma.
Adresatom Obig grozi prawną apokalipsą – procesem karnym, cywilnym, komornikiem i wpisem do Rejestru Dłużników Niewypłacalnych. Alternatywa to podpisanie ugody i zapłata żądanej kwoty (plus ew. przeprosiny w internecie i prasie). Z naszej rozmowy z prezesem firmy Jackiem Wycechem wynika, że Obig reprezentuje m.in. producentów gier TopWare Poland i Techland, a w pismach potrafi żądać kilkudziesięciu tysięcy złotych. Według naszych informacji najczęściej chodzi o 500-3000 zł. Ile pism wyszło w Polskę – to tajemnica Obigu. Słyszeliśmy o minimum kilkudziesięciu przypadkach, ale teoretycznie rzecz może dotyczyć milionów internautów – wszystkich, którzy ściągają (a przy okazji rozpowszechniają) pliki w tzw. sieciach p2p.
Jak Obig trafia do domniemanych piratów? Korzysta ze specjalnego programu File Sharing Monitor szwajcarskiej firmy Logistep, który śledzi i ustala w sieci tzw. adresy IP komputerów, z których są rozpowszechniane chronione utwory (adres IP komputera w internecie to jakby tablica rejestracyjna samochodu). Te numery Obig przekazuje organom ścigania, zawiadamiając o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Policja (lub prokuratura) musi wszcząć postępowanie i zażądać od dostawców internetu (np. TP SA) ujawnienia, kto kryje się za numerem IP. Te informacje trafiają do akt sprawy, do których Obig ma dostęp jako reprezentant pokrzywdzonego. Wtedy kancelaria wysyła ultimatum.
Mechanizm ma jednak lukę. Według naszych informacji najczęściej Obig rozsyła swe pisma zaraz po zdobyciu personaliów podejrzewanych osób – czyli jeszcze zanim policja zrobi nalot na mieszkanie, zabezpieczy wszelkie dowody elektroniczne i uzyska ekspertyzę biegłego. Tymczasem dopiero po tych czynnościach można zdobyć twarde dowody winy podejrzewanej osoby.
– W zasadzie te pisma można uznać za ostrzeżenie, by czym prędzej sformatować dysk twardy i znów go zapisać, zacierając ślady. Dla pewności parę razy. Albo wywieźć z domu komputer i wszystkie płyty CD – ironizuje specjalista z organów ścigania (zastrzegł anonimowość). Wtedy w rękach policji pozostanie jedynie numer IP wychwycony przez program Logistepu. To najwyżej poszlaka, która w żadnym razie nie odpowiada np. na pytanie, czy ten, kto jest stroną umowy z dostawcą internetu, to ten sam człowiek, który korzystał z komputera w sposób niezgodny z prawem.
Potwierdza to Paweł Odor, ekspert od informatyki śledczej w firmie Kroll Ontrack. – Sam raport programu Monitor wskazuje jedynie łącze i komputer, za pomocą którego, być może, dochodziło do czynu zabronionego. Ale w żaden sposób nie przesądza o winie jakiejkolwiek konkretnej osoby. Żeby udowodnić przestępstwo, trzeba mieć komplet odpowiednio zabezpieczonych i wzajemnie powiązanych dowodów pochodzących z podejrzanego komputera, płyt CD itp. – mówi Odor.
To znaczy, że groźba procesów w wezwaniach do zapłaty Obigu może okazać się… czczą pogróżką. – Oczywiście wiele osób i tak się przestraszy i zapłaci. I o to w tym wszystkim chodzi. Ale chyba nie w takich celach ma być uruchamiana kosztowna machina państwowa? – pyta retorycznie nasz rozmówca z organów ścigania zirytowany tym, że Obig traktuje jego instytucję instrumentalnie.
Z kolei ci, u których policja jednak znalazła nielegalne materiały, mogą się mocno rozczarować, nawet jeśli pójdą na proponowaną ugodę i zapłacą – jak to określają – haracz. W wielu sytuacjach (np. gdy chodzi o posiadanie bez licencji programów komputerowych) toczącego się postępowania karnego nie da się już w prosty sposób zahamować – nawet jeśli pokrzywdzony wycofa swoje zarzuty.
Wątpliwości jest więcej – dotyczą one także samego stosowania programu Logistepu, który swe usługi promuje w wielu krajach. Zdaniem niektórych ekspertów samo monitorowanie i gromadzenie adresów IP można uznać za szpiegowanie ludzi w sieci i nadużycie w dziedzinie ochrony danych osobowych. Do takich wniosków doszedł w tym roku włoski rząd, zakazując Logistepowi takiej działalności.
Więcej na http://www.wyborcza.pl