– To była jedna z ostatnich debat między dwoma głównymi kandydatami przed I turą wyborów prezydenckich. Donald Tusk i Lech Kaczyński powiedzieli, co sądzą o grubości portfeli Polaków i władzy bliźniaków. Spierali się o przywileje dla górników, licytowali, kto lepiej rozumie pracę pod ziemią. Wypowiadali na temat szans Aleksandra Kwaśniewskiego na fotel sekretarza generalnego ONZ oraz groźby postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu. – czytamy w „Rzeczpospolitej”
– Przez godzinę mieli okazję przedstawić swoje poglądy na rozmaite sprawy, pokłócić się – z tej możliwości korzystali w sposób zadziwiająco chętny. Niespodziewanie bardziej aktywny w atakach był Tusk. Za to Kaczyński, uchodzący dotąd za polityka o mniejszej dyscyplinie wypowiedzi, mówił zadziwiająco klarownie. – donosi „Rz”
– Czas odpowiedzi na kolejne pytania dwójki dziennikarzy był ograniczony do jednej minuty. Pod koniec debaty rywale mieli możliwość zadawania sobie nawzajem pytań, a także wygłoszenia prezydenckiego exposé. Te dwa ostanie dziennikarskie pomysły dały najciekawsze rezultaty. – informuje dziennik
– Tusk zadał Kaczyńskiemu pytanie, co robił w dniu debaty „między 11 a 14”. – Wtedy decydowały się losy dofinansowania 350 mln złotych Warszawskiego Metra ze środków Unii Europejskiej – podkreślał. Polityk PiS replikował, że „te pieniądze nie przepadną”. Stwierdził jednak, że na decyzję o przyznaniu mniejszej puli pieniędzy mieli wpływ politycy związani z Platformą i miała ona „głęboko polityczny charakter”. Z kolei Kaczyński pytał konkurenta, co zaproponuje robotnikowi, zarabiającemu tysiąc złotych miesięcznie, po wprowadzeniu podatku linowego. Tusk zręcznie zwekslował odpowiedź. – Po wypłacie kilkuset tysięcy złotych jednemu z prezesów kontrolowanej przez skarb państwa spółki, skierowałem sprawę do prokuratury. Wtedy pana przy tym nie było. – pisze piątkowa „Rzeczpospolita”