– Tomasz Lis od dwóch lat, czyli od momentu zwolnienia z pracy, domagał się odszkodowania w wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia. Ile stacja zgodziła się zapłacić? – informuje „Gazeta Wyborcza”
– Nie mogę powiedzieć, ile i czy w ogóle zapłacimy. Uzgodniliśmy, że sprawy nie będziemy komentować – oświadczyła po wyjściu z sali rozpraw mec. Małgorzata Gersdorf, prawnik reprezentująca TVN.
Tomasz Sójka, prawnik Tomasza Lisa: – Doszło do ugody, bo mój klient chciał zakończyć spór. Nic więcej nie mogę powiedzieć. Sprawa jest definitywnie zakończona – uciął.
– Z informacji, do których udało nam się dotrzeć, wynika jednak, że spór ma definitywnie zakończyć się na boisku piłkarskim! Obie strony uzgodniły, że rozegrają w tym roku widowiskowy mecz futbolowy. A dochód trafić ma nie do kieszeni dziennikarza, ale na cele charytatywne. – pisze „Gazeta Wyborcza”
Spór wybuchł 26 stycznia 2004 roku, kiedy prezes TVN Piotr Walter wręczył Lisowi wypowiedzenie. Przyczyną była „fala informacji o jego możliwym zaangażowaniu w życie polityczne” oraz „ewentualne zagrożenie bezstronności i wiarygodności informacji przekazywanych na antenie TVN” – jak napisał w wypowiedzeniu Walter. – Chodziło o sondaż opublikowany tego dnia w „Newsweeku”, z którego wynikało, że Lis byłby poważnym kandydatem w wyborach prezydenckich. Lis natychmiast został odsunięty od prowadzenia „Faktów”, sztandarowego programu informacyjnego TVN. Choć jeszcze przez pół roku dostawał pensję, będąc na urlopie, postanowił pozwać stację do sądu pracy. Z pozwu wynika, że domagał się jeszcze odszkodowania w wysokości trzykrotnej pensji. – przypomina dziennik
– Jakie kwoty wchodziły w grę? Z odpowiedzi na pozew, którą w marcu 2004 roku przygotowała w imieniu TVN kancelaria Modrzejewski, Wypychowska, Gersdorf, wynika, że Tomasz Lis zarabiał w TVN miesięcznie 17 tys. euro, czyli blisko 70 tys. zł. Dodatkowo dostał samochód „o standardzie równym prezesa TVN”, telefon komórkowy, komputer oraz złote karty Medicover oraz VISA, plus pulę akcji pracowniczych. Po zwolnieniu stacja wypłaciła mu więc ponad 400 tys. zł, ale pozostałych 200 tys. odmówiła. – czytamy w „Gazecie Wyborczej”