Jak się Pan odnajduje w roli członka jury?
Jako profesjonalista czuję się bardzo dobrze, ponieważ sam program jest bardzo profesjonalnie zrobiony. A miałem już okazję uczestniczyć w niejednym programie jako tancerz, jako juror i jako widz. Jako pasjonat tańca czuję się jeszcze lepiej. Z prostego względu – w programie występują rzeczywiści pasjonaci. Bez pasji życie nie miałoby większego sensu.
Jak wygląda współpraca z pozostałymi oceniającymi, czy z którymś z jurorów ma Pan szczególnie dobry kontakt?
W ramach poprawności powiedziałbym, że ze wszystkimi bardzo dobrze. W ramach niepoprawności, że nieomal pobiliśmy się z Alanem Anderszem o to, kto ma siedzieć koło Joanny Liszowskiej (śmiech). To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę siedzieć obok tak wybitnej osobowości tanecznej, jaką jest Krystyna Mazurówna. Ale każdy z jurorów wnosi osobną wartość. Mam nadzieję, że ja również. No i ostatecznie siedzę między Joasią a Krystyną (śmiech).
Jakim jest Pan jurorem?
Potworem! (śmiech) A każdej damie służę radą (śmiech). Bardziej serio: wszystkiego po trochu. Jestem jurorem eklektycznym! (śmiech) Prawda jest taka, że nawet będąc mistrzem świata nie ma się monopolu na prawdę. Jeśli ktoś uwierzy, że jest prorokiem, zazwyczaj oznacza to, że traci kontakt z rzeczywistością. Ja zaś lubię z nią intensywnie obcować. Oczywiście, moją rolą jest ocenianie uczestników, ale też starał się będę od nich czegoś nauczyć. Mówiąc krótko i słowami jednego z bohaterów „Rejsu”: Tak musimy zrobić, żeby krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie (śmiech).
Czy coś Pana zaskoczyło podczas castingów?
Różnorodność, poziom, entuzjazm. I zima w Polsce – już o niej zapomniałem (śmiech).
Jak ocenia Pan taneczny poziom kandydatów?
Moim punktem odniesienia jest brytyjska wersja programu, którą uważnie śledziłem. A jak wiadomo, Brytyjczycy tańczą dobrze. Ale powiem krótko: uczestnicy wersji polskiej bardzo wysoko postawili poprzeczkę.
Na co zwraca Pan szczególną uwagę oceniając uczestników, czy jest jakaś cecha, która już na starcie dyskredytuje przyszłych tancerzy w Pana oczach?
Zawsze podkreślam, że życie bez pasji byłoby niewiele warte. Obojętnie, czy chodzi o taniec, murarstwo albo pisanie książek. Gdy nie widzę u kogoś pasji, wolę patrzeć na coś innego. Zwracam więc szczególną uwagę na pasję tancerzy, na to, czy rzeczywiście „żyją” w swoim tańcu. Nie lubię sztuczności, pretensjonalnego udawania, nieszczerych emocji. Inną sprawą jest oryginalność, odwaga. One też mają u mnie wysokie noty. Cytując klasyka: by dojść do źródła, trzeba niekiedy umieć płynąć pod prąd.
Jak oceniani są soliści, a jak grupy taneczne? Czy kryteria oceniania są zróżnicowane pod kątem stylu tańca, jaki prezentują uczestnicy?
Ależ owszem. Pewne kryteria są uniwersalne, inne sprofilowane pod względem stylu i charakteru tańca.
Jaka kategoria kandydatów była reprezentowana na castingach najliczniej: grupy czy może tancerze indywidualni lub pary; jakie grupy wiekowe przeważały?
Różne, w kształcie grzyba i cygara (śmiech). Wszystkiego po trochu. Nie było tak, że jakaś grupa była nadreprezentowana, a inna wcale. I to cieszy: tańczą wszyscy, od młodych po starych, dziewczęta i chłopcy, matki, żony i kochanki, chudzi i grubi – myślę tu o sobie, bo jako dziecko byłem bardzo pulchny.
Czy jakiś tancerz, bądź grupa taneczna utkwiły Panu szczególnie w pamięci?
Tak. Ale nie będę tego zdradzał. Jeszcze komuś złamię karierę (śmiech).
Na jakim etapie są teraz Państwo z nagrywaniem show?
Skończyliśmy pierwsze eliminacje, co oznacza, że widzieliśmy już wszystkich uczestników. Była to naprawdę wymagająca praca i spora odpowiedzialność. Ale też mnóstwo przyjemności.
Czy jako juror, zwraca Pan uwagę, aby nie skupiać na sobie więcej uwagi niż prezentujący się uczestnicy, jak to się często zdarza w innych talent shows?
Przecież tylko po to to robię: blask jupiterów, a potem wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy (śmiech). Ideałem jest oczywiście równowaga. Jurorzy, owszem, mogą błyszczeć, ale bez przykuwających uwagę uczestników byłoby to zawieszone w próżni. Mogę jednak zapewnić, że zaprezentowane tańce były tak bardzo atrakcyjne, że program nie musi się podpierać jurorami.
Nie obawia się Pan, że „Got to dance” będzie porównywany do „You can dance” konkurencyjnej stacji, a opinie jurorów programu – do opinii wygłaszanych przez konkurentów?
Tak, opanowałem już groźne miny Agustina Egurroli i miażdżące riposty Michała Piróga, choć wciąż nie udaje mi się wyglądać jak Kinga Rusin (śmiech). Mówiąc bardziej serio: taniec – zwłaszcza w jego wymiarze sportowym – zakłada element rywalizacji. A ta opiera się na porównywaniu. Mówiąc krótko: może tak być, że będziemy porównywani. Nie martwi mnie to. Mówię własnym głosem, formułuję własne oceny. A formuła obu programów jest inna.
Jest Pan zawodowym tancerzem, czy gdyby cofnąć się do przeszłości, zdecydowałby się Pan na wzięcie udziału w programie podobnym do „Got to dance”?
Oczywiście, jak najbardziej. I wszystkich do tego zachęcam. Dance the way you are!
rozmawiała Aleksandra Prejs