Rzeczpospolita donosi, że cała sprawa zaczęła się kilka miesięcy po rozmowie Lwa Rycina z Adamem Michnikiem.
W październiku 2002 roku Adam Dębiec przyszedł do spółki Eurozet (właściciela Radia Zet). Zażądał pieniędzy albo udziałów w spółce. Próbował je wymusić na podstawie sfałszowanej umowy: według niej córka założyciela stacji Katarzyna Woyciechowska, będąca jednym z udziałowców Eurozetu, pożyczyła od dwóch osób 400 tys. dolarów. Dębiec twierdził, że Woyciechowska nie oddała pieniędzy, musi więc teraz zrzec się 10 procent udziałów w spółce.
– Ustaliliśmy, że w tym samym czasie ktoś próbował zaszkodzić nadawcy w KRRiT. Na adres Rady przychodziły listy mówiące o przejęciu Eurozetu przez ‘lewy’ kapitał – pisze gazeta, która dodaje, że departament koncesyjny KRRiT potwierdził, iż przynajmniej jeden z donosów w sprawie Eurozetu przysłała dziennikarka. Rzeczpospolita sprawdziła, że kobieta, której podpis widnieje pod donosem, nie istnieje.
Rzeczpospolita pisze, że umowa, z którą przyszedł Adam Dębiec, była sfałszowana. – Po roku w sądzie Dębiec, który w UOP zajmował się rozpracowywaniem afer gospodarczych, stwierdził, że nie miał pojęcia o fałszerstwie – czytamy w dzienniku.
Adam Dębiec w rozmowie z Rzeczpospolitą przyznał, że do Eurozetu poszedł w ramach swojej działalności gospodarczej – gdy odszedł z UOP założył firmę.
Prokuratura, zaalarmowana przez Eurozet, wszczęła śledztwo, ale – jak pisze dziennik – Eurozet zrobił wszystko, żeby nie nadawać mu rozgłosu.
– Prokuratura nigdy nie odpowiedziała na ważne pytania: Kto naprawdę zmontował próbę zdobycia udziałów Zetki? Po co? Czy chodziło tylko o pieniądze? O wejście na rynek medialny? – informuje Rzeczpospolita.