Tymczasem już po kilku dniach od ich wycofania ze sprzedaży można je kupić za pół ceny lub nawet taniej na straganach, które handlują archiwalnymi numerami ze zwrotów.
Dla wydawnictw to spora strata, bo zawartość wielu czasopism nie dezaktualizuje się po tych kilku dniach, np. porady kulinarne, wywiady z gwiazdami, moda.
– Proceder pojawił się kilka lat temu, ale z większą mocą zauważyliśmy go w Białymstoku równo trzy lata temu – opowiada Maria Kardas, szefowa kolportażu w wydawnictwie H. Bauer (wydawcy „Tiny”, „Bravo”, „Życia na gorąco”). Jak wynika z jej wyliczeń, wpływy H. Bauera ze sprzedaży gazet na Podlasiu spadły w tym czasie o 5 proc.
Proceder kwitł. Dziś archiwalnymi czasopismami handluje się już we wszystkich regionach. Wydawcy szacują liczbę punktów nielegalnej sprzedaży na około 500. Powodują one straty wydawców od kilkuset tysięcy do nawet miliona złotych rocznie. Niektórzy z nich szacują, że straty mogą być nawet cztery razy wyższe.
– Problem leży w tym, że nie sposób ustalić, jak archiwalne numery wydostają się na rynek – mówi Maria Kardas. – My ich nie przekazujemy. Co więcej staramy się, żeby w ogóle nie były dostępne.
Jak zorganizowana jest sprzedaż czasopism? Wydawca przekazuje część nakładu kolporterom, np. Ruchowi. Ten dostarcza je kioskom i innym punktom sprzedaży prasy. Po upłynięciu określonego w umowie terminu (np. miesiąca dla miesięczników, tygodnia dla tygodników) niesprzedane egzemplarze, tzw. zwroty, z powrotem odbiera kolporter i zazwyczaj oddaje je na przemiał do papierni. Nie wiadomo, w którym momencie dochodzi do kradzieży.
– Na pewno nie u nas – zapewnia Krystyna Kalinowska, zastępca szefa działu zwrotów w Ruchu. – Niszczymy tuszem wszystkie zwroty przed wysłaniem ich do papierni.
– Zawsze słyszymy od kolporterów, że to nie oni, że to konkurencja – wzdycha Mirosław Tański, szef kolportażu w wydawnictwie Gruner+Jahr (m.in. „Claudia”, „Naj” czy „Focus”). – Ale przecież – mówi Tański – sami nie oddajemy tych pism nieuczciwym sprzedawcom.
Wydawcy zrzeszeni w Izbie Wydawców Prasy wydali wojnę nieuczciwym sprzedawcom. – Każdy kto handluje naszymi pismami bez naszego upoważnienia i po cenach niższych niż te, które są na okładce, jest winien kradzieży praw autorskich – ostrzega Mirosław Tański. – I jeśli ktoś z nas się dowie o prowadzeniu takiej działalności, skieruje sprawę na policję.
Po raz pierwszy sprawą zainteresowano policjantów w 2000 roku. Po doniesieniu Gruner+Jahr w Warszawie zatrzymano sprzedawców archiwalnym czasopism na dworcach kolejowych. Prokuratura postawiła zarzuty czterem osobom, wkrótce akt oskarżenia przeciwko nim trafi do sądu.
We wrześniu br. do akcji zwalczania nieuczciwych handlarzy włączyli się inni wydawcy. Policja zlikwidowała kilka punktów sprzedaży w Warszawie, Częstochowie i Olsztynie. – Ale wciąż nie są to wszystkie miejsca, w których handluje się naszymi pismami bez naszego upoważnienia – ubolewa Tański. –
Ostatnio w Warszawie pojawiły się numery naszej „Gali” jeszcze przed ich wprowadzeniem do kiosków. To oznacza, że ukradziono je z drukarni. Będziemy ścigać wszystkie podobne przypadki.
Niektórzy wydawcy postanowili zarabiać na tym, że ludzie chcą kupować za niższą cenę archiwalne numery i sami organizują ich sprzedaż.
– My wszystkie zwroty odbieramy od kolporterów sami – opowiada Krzysztof Garwatowski z wydawnictwa Pink Press, potentata na rynku pism erotycznych. – Charakter materiałów, które publikujemy, jest taki, że możemy je później jeszcze raz wprowadzić do sprzedaży. Zwroty z kiosków odsprzedajemy innym punktom, np. niektórym sex-shopom.
Nie mogą to być jednak, zbyt stare egzemplarze. – W naszych wydawnictwa publikujemy dużo kolorowych zdjęć – tłumaczy wydawca pism erotycznych. – Niestety, z upływem czasu kolory nam płowieją.