Jak pisze „Rzeczpospolita” od wczoraj redakcja w Dżakarcie świeci pustkami. Redaktor naczelny magazynu Erwin Arnada wraz z kilkoma kolegami był przez pięć godzin przesłuchiwany przez policję. Funkcjonariusze chcieli sprawdzić, czy pismo nie naruszyło kodeksu karnego i wartości moralnych. Jeśli okaże się, że tak, wydawcom może grozić 16 miesięcy więzienia.
Wcześniej nikt w Dżakarcie oficjalnie nie protestował przeciw magazynowi. Władze przyznały, że w kraju nie obowiązuje prawo, które mogłoby zakazać jego publikacji. W przeciwieństwie do innych edycji nie było w nim nagich kobiet. Pierwszy numer ukazał się w ubiegłym tygodniu. 100 tysięcy egzemplarzy rozeszło się od razu. – informuje dziennik.
Wtedy Dżakartę zalała fala protestów. Przewodził im radykalny Front Obrońców Islamu. W ubiegłym tygodniu około 300 członków ugrupowania zdewastowało budynek redakcji „Playboya” i spaliło znajdujące się w nim egzemplarze pierwszego numeru. Krytycy twierdzą, że już sama nazwa pisma wystarczy, by rząd zakazał jego publikacji. – czytamy w „Rzeczpospolitej”.
W ciągu ostatnich dni Arnada i jego koledzy otrzymywali listy i telefony z pogróżkami. Wycofali się prawie wszyscy reklamodawcy. – Powtarzam im, żeby porównali „Playboya” z innymi magazynami dla mężczyzn, które są dostępne w Indonezji. Ale oni chcą, by zmienić tytuł pisma, a nie jego treść – mówi Arnada.
Na ulicach Dżakarty rzeczywiście bez problemu można kupić lokalne wersje licznych brytyjskich kolorowych magazynów. Podobnie, jak filmy pornograficzne na DVD. – donosi gazeta.