– Ugięli się, bo groziło im, że pójdą za kraty.
Wojna zaczęła się w 2002 r. Wtedy „Fakty Tarczyńskie”, mała opozycyjna gazeta, wydrukowały list czytelniczki skarżącej się na zachowanie dyrektorki miejscowej szkoły. Kobieta napisała, że jej syn i córka doświadczają szykan po tym, jak wypisała je z lekcji religii. Sprawa pewnie skończyłaby się na liście, gdyby nie to, że dyrektorka Barbara Galicz kandydowała w tym czasie na urząd wójta. – pisze poniedziałkowa „Trybuna”
– W 24-godzinnym trybie wyborczym jej komitet „Wspólny Sukces”, wywodzący się ze środowiska Prawa i Sprawiedliwości, złożył w sądzie wniosek o nakazanie gazecie przeprosinę – mówi Mieczysław Kozłowski, redaktor naczelny „Faktów Tarczyńskich”. Sąd w Radomiu nakazał wpłacić dwóm dziennikarzom po 500 zł na stowarzyszenie Monar oraz opublikować przeprosiny w „Gazecie Wyborczej” i na tablicy ogłoszeń w urzędzie Tarczyna.
– Napisali nieprawdę i powinni za to odpowiedzieć – uważa Barbara Galicz. – Nie przeprosiliśmy. Jako dziennikarze mamy obowiązek stawać po stronie słabszych i pokrzywdzonych, a tak było właśnie w przypadku naszej czytelniczki – mówi Kozłowski. Podpiera się jej zeznaniami, jakie złożyła w sądzie pod przysięgą.
– Wizja krat przestraszyła dziennikarzy na tyle, że postanowili wypełnić nakaz sądu. Pieniądze wpłacili, zamieścili przeprosiny w „Wyborczej”. Problem pojawił się, gdy chcieli zawiesić ogłoszenie na tablicy urzędu miejskiego, w którym panuje pani burmistrz. – Odmówiono nam. Zażądano publikacji treści całego wyroku. Sąd nie nałożył na nas jednak takiego obowiązku, więc nie zrobiliśmy tego. A samych przeprosin pani burmistrz wywiesić nie chciała, uniemożliwiając nam tym samym wykonanie woli sądu. Myślę, że chciała nas zobaczyć w areszcie – uważa Kozłowski. Ogłoszenie na tablicy wywiesili w końcu samowolnie czytelnicy i sympatycy gazety. Udokumentowali to fotografiami i pilnowali, by urzędnicy przeprosin nie usunęli. – donosi „Trybuna”
Zdaniem pani burmistrz, oświadczenie nie spełniało wymogów sądu. – Było napisane na maszynie, ale nie podpisane własnoręcznie. Taki dokument może przecież napisać każdy – mówi Barbara Galicz.