Pierwsze grupy tłumaczy zwane fansubami (zbitek słów od fan – wielbiciel, fanatyk i subtitles – napisy pod filmem), powstały na początku lat 80-tych, jako odpowiedź na prężny rozwój kinematografii azjatyckiej, a zwłaszcza japońskiej (do dziś 90% zachodnich fansubów stanowią produkcje azjatyckie). Wytwórnie z Azji, kręcące filmy "garażowymi" metodami nie były w stanie konkurować z producentami z USA i Europy. Ich filmy trafiały więc do niszowych odbiorców (między innymi fanów kina Science Fiction), ale z racji egzotyki języka, w jakim zostały nakręcone były niezrozumiałe dla większości widzów. Miłośnicy kina, którzy znali choć trochę języki azjatyckie zaczęli amatorsko tłumaczyć swoje ulubione produkcje na użytek przyjaciół.
Do translacji trafiały zwykle kopie filmów nagranych na kasety VHS z telewizji. Niestety, z racji trudności jakie sprawiała edycja, powielanie (koszt wykonania jednej kopii wynosił około 400 dolarów) oraz znaczna utrata jakości sprawiły, że zwykle nie wykonywano ich więcej niż kila sztuk. Dopiero pojawienie się nagrywarek CD a następnie programów P2P spowodowało upowszechnienie się zjawiska oraz jego ekspansję poza USA i Europę.
Dziś tłumaczy można podzielić na dwie grupy. Speedsuberów, zajmujących się wykonywaniem bardzo szybkich (i zwykle niskiej jakości) subów oraz ekip pracujących w sposób, którego mogłyby pozazdrościć im nawet najlepsze agencje językowe.
W "profesjonalnych" zespołach suberskich praca zaczyna się od pozyskania tzw. ravów (od angielskiego słowa "rav" – "surowy", "nieobrobiony") czyli kopii filmu pozbawionej tłumaczenia.
Część z suberów zadowala się pozyskaniem tekstów, które zostały wcześniej opatrzone napisami poprzez złamanie zabezpieczeń płyt DVD, bądź to kopiując plik przetłumaczony przez inną grupę i np. zastępując napisy angielskie polskimi. Zwykle jakość tłumaczenia jest wówczas bardzo niska, często za sprawą "efektu głuchego telefonu" czyli powtórzenia błędów osób wcześniej opracowujących tekst.
Lepsze grupy posługują się metodą twórczą określaną jako Hive (ang. "rój"). Film dzielony jest na części, rozdawany członkom grupy i tłumaczony (często ze słuchu), a następnie składany w całość. Tą metodą posługuje się np. większość polskich fansuberów. Ta technika jest wprawdzie szybka, ale niestety jej efekty mogą okazać się nieprzyjemne dla odbiorcy. Tłumaczenie "potrafi" zmieniać się co kilka linijek z profesjonalnego na zupełnie amatorskie, podobnie jak np. używana terminologia czy imiona bohaterów.
Największe i najlepsze grupy wybierają inną metodę. Pracę rozpoczynana jest przez tzw. Raw-Huntera (ang. "łowca rawów") lub cały zespół. Osoby te pozyskują film najczęściej wprost z wytwórni lub telewizji, zwykle w kilku sztukach. Materiał przekazywany jest osobie nazywanej encoderem, która wybiera najlepszą kopię i przystosowuje ją do standardowych formatów zapisu danych, a następnie przekazuje ją tłumaczowi (prawie zawsze jest to jedna osoba, często tzw. Native Speaker, mający kontakt z językiem z jakiego tłumaczy od urodzenia). Po dokonaniu przekładu film trafia do tzw. timera – osoby odpowiedzialnej za wprowadzenie tekstu i jego wyświetlanie wraz z oryginalnym dialogiem. Po wykonaniu tej pracy zaczyna się żmudny okres edycji: wygładzania błędów językowych i stylistycznych, wreszcie rozmieszczenie tekstu na ekranie. Na koniec film ponownie trafia do encodera – tym razem by zakodować napisy.
Sekret dużych grup polega na kontroli jakości. Jest ona zwykle prosta, lecz skuteczna: kilka osób ogląda przetłumaczony film szukając w nim błędów. A, że w tej działalności nikt nie liczy zysków ani strat, a jedyną nagrodą jest satysfakcja, fansuberzy mogą wprowadzać dowolną liczbę poprawek. Efektem są często filmy znacznie lepiej przetłumaczone, niż zrobiłyby to płatne studia.
Gdy proces ten zostanie zakończony produkt trafia do dystrybucji – najczęściej którejś z sieci P2P. Wiele z grup jednak – zwłaszcza słabych lub niezbyt licznych – pomija którąś z tych faz pracy. Z drugiej strony są też i takie, które w ciągu 24 godzin potrafią wykonać wszystkie. Zwykle działają one dzięki zjawisku nazywanemu w ich slangu "timezone raping" – do kolejnych faz pracy wyznaczane są osoby zamieszkujące w następujących po sobie strefach czasowych, dzięki czemu grupa wirtualnie "zyskuje na czasie".
Gdy zjawisko rozpowszechniło się poza kraje zachodnie fansubing objął głównie produkcje amerykańskie, w mniejszym stopniu europejskie i dopiero na szarym końcu azjatyckie. O ile bowiem na zachodzie, gdzie znajomość języków obcych jest stosunkowo wysoka, a ceny legalnych kopii niskie, jak na możliwości klientów, to w Polsce (oraz innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej) już nie. To, oraz niska jakość polskich, legalnych tłumaczeń sprawiło, że wiele osób, kopiując internetową modę zajęło się społecznym przekładem filmów. Drugą znaczącą różnicą między krajami z długą tradycją amatorskich przekładów, a tymi, gdzie zjawisko to jest nowością jest stosunek fansuberów do piractwa.
Wbrew obiegowym opiniom fansubing jest sprzeczny z prawem większości rozwiniętych państw świata. Niemniej jednak sądownictwo wielu z nich patrzy na zjawisko przez palce, odstępując od ścigania tak długo, aż nie pojawi się ktoś, kto zażąda obrony jego praw (najczęściej jest to właściciel licencji). Dzięki temu grupy mogą np. oficjalnie występować na zlotach i zjazdach fanów danego gatunku kina lub wręcz je organizować. Fansuberzy w zamian odwdzięczają się tym, że nie tłumaczą produkcji, które są rozprowadzane legalnie na terenie ich kraju i wstrzymują ich dystrybucje w momencie, gdy ktoś nabędzie doń licencje (a najpóźniej w momencie, gdy produkt trafi do sklepów lub telewizji).
To niepisane prawo nie jest przestrzegane na terenie Europy Środkowej i Wschodniej przez obie strony. Spowodowane jest to różnicami w przepisach powodując, że ZPAV (Związek Producentów Audio Video) czy ZAIKS (Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych) może uznać się reprezentantem właściwie kogokolwiek, co jest nie do pomyślenia np. w USA. Prowadzi to, do takich sytuacji, jak zamknięcie serwisu Napisy.pl, co odbiło się szerokim echem w opinii publicznej i zostało uznane za jedno z najważniejszych, internetowych wydarzeń roku 2007. Choć część działających w Polsce grup otwarcie współpracuje z piratami, tłumacząc filmy wydane na naszym rynku, to do tekstu dodaje adnotację z prośbą o usunięcie napisów z dysku w ciągu 24 godzin. Działalność taka jest potępiana przez wiele grup zachodnich, jako przynoszące szkody wydawcom. Fansuberzy w krajach wysuniętych bardziej na wschód często w ogóle nie przejmują się jakimikolwiek zwyczajami i prawami, wprost przygotowując filmy do masowej, nielegalnej produkcji.
Fakt, że tłumaczenia fansuberskie są masowo wykorzystywane przez piratów sprawił, że wiele firm nie życzy sobie tłumaczenia ich produkcji. Z drugiej strony liczne grupy wypowiedziały zasadę nie dotykania produktów licencjonowanych sprowokowane nasilającą się na zachodzie tendencją wykupu praw do filmów, które następnie wędrują do magazynów. Tarcia na linii fani – dystrybutorzy doprowadziły do licznych spraw sądowych, których efektem jest nowa forma fansubingu. Są to tzw. grupy ZPF (czasem nazywane "Stealth" czyli "ukryte, niewidzialne"), działające w głębokiej konspiracji. Celem ochrony swych członków przed procesem nie posiadają żadnych punktów stycznych: ich członkowie nie znają się ani w życiu realnym, ani w Internecie, nie posiadają też żadnych punktów wspólnych spotkań w rodzaju stron lub kanałów IRC. Rozprowadzają swoje dzieła za pomocą bot-ów operujących z cudzych (często nielegalnie zchakowanych) komputerów.