Czym się zajmuje obecnie Monika Luft?
Tym, co mnie absorbuje od pewnego czasu, jest zbieranie materiałów do trzeciej książki. Trafiłam na fascynującą historię z przeszłości – akcja będzie osadzona w Polsce, we Francji w czasach Rewolucji Francuskiej i na Bliskim Wschodzie. Jest to bardzo wymagający projekt, pracuję nad nim już od kilku miesięcy, a cały czas mam poczucie, że jestem na początku drogi. Zajmuję się też dopracowaniem scenariusza filmowego na podstawie mojej książki. A po godzinach – jestem wydawcą portalu poświęconego koniom arabskim: polskiearaby.com. To zajęcie hobbystyczne, ale pochłania coraz więcej czasu.
Jest Pani postrzegana jako osoba funkcjonująca w medialnym niebycie. Czy Pani sama odbiera siebie w ten sposób i zgadza się z tym stwierdzeniem?
Nie czuję się osobą zapomnianą. Być może są ludzie, dla których „bycie” wiąże się wyłącznie z obecnością w telewizji, a poza nią jest już tylko „niebyt”. Ja jednak do nich nie należę. Zresztą, nie mam potrzeby nieustannego przypominania o sobie. Nie jest dla mnie problemem, by np. przez pół roku skupić się na pisaniu książki i pozostawać z dala od innych spraw. Potem przychodzi bowiem moment, gdy nie brakuje mi kontaktów z dziennikarzami i mediami… Chociaż promocja książki wiąże się przede wszystkim ze spotkaniami autorskimi, a więc z czytelnikami.
Pani debiutancka powieść – „Śmiech iguany” jest pewnego rodzaju rozrachunkiem ze światem medialnym. Czy jest też próbą odcięcia się i zdystansowania od kariery medialnej?
Byłam i jestem związana ze światem mediów. Jest to element wpisany w mój życiorys zawodowy, więc nie mogę się od niego odcinać. Żyję z mediów, ale poza tym interesują mnie też jako zjawisko. Co nie znaczy, że wszystko mi się w nich podoba. Nie widzę powodów, by to zatajać.
W jednym z wywiadów powiedziała Pani: „Pisanie było lekarstwem na rozczarowania naszego show-biznesu”. Jakie to rozczarowania?
To emocjonalne sformułowanie, ale muszę przyznać, że rozczarowań było wiele. Każdemu się marzy, by ludzie byli życzliwi, doceniali jego pracę, a o wszystkim decydowały kompetencje, a nie inne czynniki, np. jakieś mniej czy bardziej wyraźne układy. Tymczasem życie niestety tak nie wygląda.
Czy śledzi Pani to, co się dzieje ostatnio wokół telewizji publicznej, a jeśli tak, to jak Pani ocenia zamieszanie związane z odwołaniem Bronisława Wildsteina?
Oczywiście, że śledzę, choć mam duży dystans do telewizji publicznej. Kiedy niedawno przystałam na propozycję współpracy, chciałam wierzyć, że skoro stanowiska objęli inni ludzie, to i mechanizmy, które opisywałam w „Śmiechu iguany” należą już do przeszłości. Myliłam się. Moim zdaniem, rządy Bronisława Wildsteina niewiele tu zmieniły. I nie sądzę, by jego odejście miało jakieś decydujące znaczenie.
No właśnie. Niedawno podjęła Pani próbę powrotu do telewizji. Przez dwa miesiące realizowała Pani felietony filmowe o gwiazdach „Czas gwiazd”. Czemu zakończyła Pani współpracę z TVP?
Rzeczywiście, wpadłam do TVP tylko na chwilę. Byłam ciekawa, jak dziś, po tylu głośnych zmianach, funkcjonuje telewizja publiczna. Chciałam sprawdzić to na własnej skórze. No i sprawdziłam. Na coś się umawiałam, a potem, gdy przychodziło co do czego, wszystko było inaczej. Nie miałam u kogo interweniować, bo osoby, z którymi rozmawiałam o projekcie, po kolei odchodziły na zwolnienia lekarskie bądź do innych zadań. W końcu zrealizowany już odcinek, w ostatnim momencie, po kolaudacji, bez żadnego uzasadnienia spadł. Wyjaśnień, mimo że napisałam w tej sprawie pismo do władz Programu I, się nie doczekałam. A skoro nie chcę tak funkcjonować, bo lubię jasne sytuacje, postanowiłam zakończyć tę współpracę.
Czy to jest specyfika telewizji publicznej? W jednym z wywiadów powiedziała Pani: „mam złe doświadczenia z telewizją komercyjną”. Co miała Pani na myśli?
To, że firma windykacyjna przez dwa lata egzekwowała moje należności. Dotyczyło to małej stacji, która do dziś – mimo że sąd ogłosił upadłość firmy – nadaje. Polski rynek mediów nie jest stabilny, można się w każdej chwili spodziewać wszystkiego. Może na tym polega jego urok? Za to z inną stacją komercyjną, Polsatem, miałam bardzo dobre doświadczenia i miło wspominam festiwal TOPtrendy.
Przeprowadziła Pani wiele wywiadów w swojej karierze. Byli to zarówno ludzie filmu, muzyki, jak i literatury. Według jakiego klucza dobiera Pani rozmówców?
Lubię rozmawiać z osobami, które imponują mi swoimi osiągnięciami. Interesują mnie przede wszystkim ludzie kina, ale spotkania z pisarzami też bywają nadzwyczaj inspirujące. Miałam również wielu rozmówców ze świata muzyki, choć akurat tę dziedzinę, gdybym musiała się określić, postawiłabym na trzecim miejscu.
W maju 2006 roku została Pani redaktor naczelną miesięcznika „Sukces”. Po 4 miesiącach rozstała się Pani z tytułem. Czemu tak szybko ta współpraca dobiegła końca?
Było mnóstwo rzeczy, które mi się nie podobały w funkcjonowaniu tego wydawnictwa i specjalnie się z tym nie kryłam. Moje kompetencje nie sięgały jednak wystarczająco daleko, bym miała na nie wpływ. Choć bardzo mocno zaangażowałam się w ten projekt – objęłam redakcję w stanie całkowitej rozsypki – po jakimś czasie zaczęłam mieć wrażenie walenia głową w mur. Z drugiej strony, wszystkie zadania, które przede mną postawiono, wypełniłam: polskie gwiazdy na okładkach, ciekawi felietoniści, dobrzy autorzy o znanych nazwiskach, powrót reklamodawców. Kosztowało mnie to masę wysiłku. Szczęśliwie, nie trwało nazbyt długo.
Miło wspomina Pani ten rozdział w swoim życiu?
Absolutnie nie. To był koszmarny stres! Doceniam jednak to, że wiele się nauczyłam. W tym sensie nie był to czas stracony. Dzięki temu wiem, że prowadzenie czasopisma nie przekracza moich możliwości. I to jest jedyną zaletą tej przygody.
Jest Pani osobą otwartą na nowe propozycje i wyzwania?
Uważam, że człowiek rozwija się przez całe życie. Tak długo, jak zachowujemy ciekawość świata i otwarcie na nowe doświadczenia, pozostajemy młodzi. W momencie, gdy tę ciekawość tracimy, skazujemy się na intelektualny uwiąd. Na razie jestem od tego daleka.
Widzi Pani dla siebie miejsce w mediach?
Oczywiście. Wszystko jednak zależy od projektu. Problem polega na tym, że często trudno go ocenić, zanim się człowiek nie zaangażuje na 100 proc. Gdy popełnimy błąd, możemy tylko próbować się wycofać, co na ogół nie obywa się bez strat. Bo szkoda czasu, zdrowia, nerwów… Ale przecież nie wolno z góry zakładać, że nic się nie uda! Chciałabym podejmować wyłącznie właściwe decyzje, lecz obawiam się, że to niemożliwe. Dlatego nawet, gdy mam wątpliwości, podejmuję wyzwania.
Obejmując stanowisko naczelnej Sukcesu mówiła Pani, że chce pisać o ludziach sukcesu. Kim, według Pani, jest człowiek sukcesu?
To ktoś aktywny, kto robi w życiu coś ciekawego i do tego natrafia na pozytywny oddźwięk. Nie musi być powszechnie znany. Aby odnieść sukces, trzeba być przede wszystkim osobą twórczą. Takie osobowości imponują mi najbardziej.
Czy Monika Luft jest człowiekiem sukcesu?
Ta poprzeczka nieustannie się podnosi. Kiedyś np. wydawało mi się, że ukończenie, wydanie i umieszczenie książki na liście bestsellerów będzie moim ogromnym sukcesem. Gdy udało się to zrealizować, zadowolenie szybko zbladło. Zaczęły się problemy ze scenariuszem filmowym i domykanie budżetu, co trwa do dziś. Pojawiło się pytanie: co dalej? I tak jest stale. Dopóki stawiam przed sobą kolejne wyzwania, szansa na sukces jest gdzieś na horyzoncie. Jednak sama nigdy w ten sposób o sobie nie myślę.
Rozmawiała Małgorzata Roman