Jak się Pani czuje jako juror w „X Factor”?
Nie miałam żadnych problemów ze znalezieniem się w tej sytuacji. Kiedy usiadłam na jurorskim krzesełku, przy stole z chłopakami, poczułam tę pozytywną atmosferę. Tym bardziej, że uczestnicy którzy pojawiali się na scenie, są ogromnie utalentowani. Aż bywam zazdrosna, wkurzona, dlatego że niektórzy z nich mają po 16-17 lat, a śpiewają tak, jakby robili to co najmniej od 20 lat. Mają wielki skarb w postaci talentu, wokalu i charyzmy.
Niesamowite, że ci ludzie już na starcie dysponują takim kapitałem. Wielu wykonawców z polskiej sceny muzycznej nie miało takiego szczęścia. Musieliśmy się szlifować, poznawać scenę i uczyć się na własnych błędach.
W piętnastce, którą już wybraliśmy, mamy kilka prawdziwych perełek. Zapowiadają się spore emocje, mówię szczerze! Jestem fanką „X Factor”, oglądałam brytyjską edycję i to, co tam się działo zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Zastanawiałam się, jak my sobie poradzimy w porównaniu do Zachodu. Teraz już jestem spokojna.
Propozycja zostania jurorką dopasowała się do Pani planów zawodowych, czy trzeba je było jednak zmodyfikować?
Parę rzeczy wymagało przesunięcia, ale głównie dlatego, że ta propozycja bardzo mnie zaskoczyła. Oczywiście, było to bardzo miłe, tym bardziej, że naprawdę jestem fanką „X Factor”. Zdarzało się, że kiedy miałam mieć jakieś wywiady, wyjazdy sobotnie, prosiłam managera, czy nie da się zagrać koncertu w piątek, bo chciałabym obejrzeć „X Factor”.
Bardzo się cieszę z podjętej decyzji, ponieważ nie tylko mam szansę pojawiać się częściej w Polsce, ale też częściej odwiedzać rodzinę. Poza tym nabrałam większego dystansu i pewne rzeczy mniej mnie denerwują, bardzo sceptycznie podchodzę do tego, co się dzieje dookoła. Podoba mi się, że tutaj jestem i tutaj pracuję, potem wracam do Anglii i robię muzycznie swoje, koncertuję i promuję płytę.
Jakich talentów na castingach było najwięcej: osób starszych, młodych wokalistów, czy może grup?
We wszystkich grupach było bardzo dużo utalentowanych ludzi, ale zdecydowanie grupa najmłodszych była tą, która przysporzyła nam najwięcej problemów, jeśli chodzi o wybór. Pojawiło się dużo perełek i było bardzo trudno zredukować liczbę z 40 osób do 5.
Były osoby, które są bardzo utalentowane, ale którym w porównaniu z piątką, którą w końcu wybraliśmy, w grupie młodych czy starszych czy zespołów, czegoś zabrakło. Co nie oznacza, że one nie mają talentu, ale że aż by się chciało rozciągnąć te grupy.
Czy myśli Pani, że laureaci „X Factor” naprawdę mają szansę zaistnieć na polskim rynku fonograficznym?
Uważam, że mają szansę zaistnieć. Oni cały czas funkcjonują w show biznesie. Wszyscy o nich mówią, pytają o nich. To, co zrobią z tą szansą, którą dał im „X Factor”, czas pokaże, rzeczywistość zweryfikuje. Ada Szulc, Gienek Loska i Michał Szpak na razie radzą sobie dobrze, cały czas się utrzymują na fali. To, czy komuś się podoba to co oni robią, czy się nie podoba, tak naprawdę nie ma znaczenia, oni znajdą swoich odbiorców. Zobaczymy, jak będą radzić sobie dalej.
Z którym z jurorów ma Pani lepsze relacje?
Wiem, że wszyscy tylko czekają aż powiem: „jego lubię, jego nie”. A w rzeczywistości my we trójkę naprawdę się lubimy. Były castingi, gdy większa nić porozumienia wiązała się między mną a Czesławem. Ale były też takie momenty, że panowie rozmawiali tylko ze sobą, a ja siedziałam po środku zostawiona sama sobie. Natomiast z Kubą też jest genialnie, momentami miewamy głupawki i na przykład mówimy do siebie wierszem.
Emocje, które są między nami nie są reżyserowane, nie da się przecież cały dzień reżyserować tego, co do siebie mówimy. W którymś momencie musiałyby nam puścić nerwy. Gdybym nie lubiła Kuby, uderzyłabym go, Czesława mogłabym ugryźć. Nic takiego się nie dzieje, nawet jeśli się nie zgadzamy, to z przymrożeniem oka.
Znała Pani Kubę Wojewodzkiego i Czesława Mozila wcześniej?
Nie, Czesława nie znałam. Kubę – tak, z naszych wcześniejszych spotkań w trakcie jego programu. Byłam u niego chyba 3 razy i zawsze było sympatycznie. Natomiast Czesława poznałam na pierwszym dniu castingu w Zabrzu, prawie przy stole jurorskim. Było bardzo mało czasu, krótkie spotkanie z reżyserem, nie było chwili, żeby porozmawiać. Ale czuję się tak, jakbym znała go dłużej. Może dlatego, że jest kosmitą, a ja mam dobre relacje z kosmitami.
Jak się Pani czuje jako następca Mai Sablewskiej? Nie miała Pani obaw, że nie sprosta oczekiwaniom?
Ja się nie bałam, podejrzewam, że produkcja miała większy stres. Dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie, nie widziałam pierwszej polskiej edycji. Produkcja miała pewnie jakieś oczekiwania i wyobrażenia. Podobno castingi ich uspokoiły. Takie zmiany w programach są dość bolesne, nie tylko dla reszty jurorów, ale też dla produkcji.
Czy muzykowi łatwo jest krytykować innego wykonawcę?
Mogę sobie pozwolić na oceny merytoryczne, ponieważ sama przez wiele lat pracowałam nad emisją głosu. Mogę podpowiedzieć uczestnikom parę rzeczy, które robią źle. Jeżeli mówię „nie”, to staram się tłumaczyć, dlaczego – może to jeszcze nie jest ten etap, może jeszcze trzeba popracować przez najbliższy rok i przyjść na castingi do kolejnej edycji.
Nie podchodzę do tego z założeniem, że decyduję o życiu tych ludzi. Wiem, że przychodzą przeżyć jakąś przygodę, mają swoje marzenia i jeżeli mówię „nie”, to nie staram się ich wcisnąć w scenę i powiedzieć, że są beznadziejni. Nie mam takiego prawa, nie mogę im przecież powiedzieć, że się nie nadają.
Czyli nie będzie kontrowersyjnych opinii?
Kontrowersyjne mogą być. Ale zawsze krytykując, starałam się być dla takiej osoby ciepła. Wydaje mi się, że to będzie dobrze widać podczas naszych debat jurorskich.
Wzięłaby Pani udział w „X Factor” jako uczestnik?
Nigdy nie mówię nigdy, ale na dzień dzisiejszy odpowiedź brzmi: „nie”.
Rozmawiała Aleksandra Prejs